9 lutego 2012, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi

Alan Sasinowski

5 powodów, dla których nie warto być obiecującym pisarzem




Pierwszym powodem, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem, jest nieuchronne niczym szum wody w Niagarze popadnięcie w śmieszność.




5 powodów, dla których nie warto być obiecującym pisarzem (w Szczecinie)

 

 

 

            1. Czy pisarz powinien mieć arcydzielne ambicje? Czy powinien grać jedynie o najwyższe stawki? Czy powinien spędzać noce bezsennie, chodząc po pokoju, gryząc paznokcie i zadręczając się myślą o tym, że nigdy nie napisze tekstu na miarę „Czarodziejskiej góry”? Tak, tak, oczywiście, że tak. Poważnego pisarza powinny zaprzątać jedynie poważne dylematy. Co jednak z pisarzem nieukształtownym, niedojrzałym, rozpoczynającym żmudną drogę na Parnas? Co z młodym gniewnym, którego teksty „dobrze rokują na przyszłość”?  Cóż, młody, obiecujący pisarz ma w dupie arcydzielne ambicje, najwyższe stawki oraz „Czarodziejską górę”, tą ostatnią ma w dupie tym bardziej, że z premedytacją jej nie przeczytał i przeczytać nie zamierza (nudne! koturnowe! staroświeckie! ja klasykami gardzę, ja jestem z pokolenia MTV!), a jedyne, co mu spędza sen z powiek, to szarpiąca bebechy potrzeba uznania za poważnego pisarza. Nie myśli jednak o powinnościach jakie się z tą funkcją wiążą (ambicje, stawki, Mann), lecz o dającym poczucie bezpieczeństwa rozstrzygnięciu, że jest literatem z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko kandydatem na niego. Innymi słowy – młokos domaga się określonej tożsamości. Domaga się tym zacieklej, im więcej wykładowców na polonistyce (a gdzieżby indziej?), którzy zapoznali się z jego tekstami, powtarza ostrożnie: „no, no, to trzeba pogłębić, to skreślić, ale poza tym niezłe, naprawdę niezłe”. Z czasem te nieśmiałe pochwały – „pochwałeczki, pochwałunie” zgrzyta zębami obiecujący pisarz, czytając list z odpowiedzią odmowną od kolejnego wydawnictwa – przestają wystarczać. Przestają, bo nic konkretnego za nimi nie idzie. Co z tego, że pan od poetyki powie, że drukowalne, skoro nikt poważny nie chce drukować? Co z tego, że pan od analizy i interpretacji powie, że mamy tu do czynienia z wielkim talentem, skoro w dziale kulturalnym „Wyborczej” czy innej „Polityki” o tym talencie ani słowa? Co z tego, że pani od literatury powszechnej bąknie coś o literackim diamencie, tyle że nieoszlifowanym, skoro diament ten mają okazję podziwiać jedynie czytelnicy uczelnianej gazetki, wydawanej przez znajomych obiecującego pisarza? Dysonans między pochwałuniami a realnym sukcesem jest tak bolesny, że początkujący pisarz dostaje lekkiego bzika. I pal licho to, że rycząca w nim frustracja sprawia, że każda recenzja, jaką pisze, przemienia się w jadowity pamflet (początkujący pisarze wypełniają czas oczekiwaniem na wydanie własnej książki recenzowaniem książek innych – to powszechnie znany fakt). Frustracja robi z naszym bohaterem coś więcej – każe mu czytać od deski do deski lokalne gazetki w poszukiwaniu najmniejszej choćby wzmianki o sobie, każe mu przynajmniej raz w tygodniu wpisywać w wyszukiwarce internetowej swoje nazwisko w nadziei na nowy odnośnik, każe mu czytać książki innych młodych pisarzy, którym się udało, nie dla ich samych, ale dla tropienia w nich defektów, dzięki którym będzie mógł mamrotać do siebie: „Ja zrobiłbym to lepiej”... Pierwszym powodem, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem, jest nieuchronne niczym szum wody w Niagarze popadnięcie w śmieszność.

 

 

 

            2. Piszących w miarę składnie studentów nie zbyt wielu, więc ci nieliczni, którzy wybili się ponad poziom wierszowanych lamentów z powodu rozstania z dziewczyną, są przez wykładowców hołubieni. To naturalne. Wielu naukowcom marzy się, że szczecińska polonistyka wydali z siebie jakiegoś literata, który będzie mógł stanąć w szranki z wychowankami Jagiellonki czy Uniwersytetu Warszawskiego. Promocja obiecującego pisarza odbywa się na uczelni na wiele sposobów. Czasami wykładowca zapyta na zajęciach znudzonych studentów: „A czy znają państwo nowy, znakomity tekst pana S. o współczesnej prozie antykonsumpcyjnej?”. Czasami wyskoczy z zabójczą dla pana S. uwagą w rodzaju: „Państwu już wytłumaczyłem, jak to zrobić, a panu S. tłumaczyć nie będę, bo poradzi sobie na pewno, zdolny jest, pisze z precyzją i maestrią”. Zdarza się i tak, że przymusza  pupila do czytania na zajęciach swoich obiecujących tekstów. A gdy namaszczany na szczecinskiego reprezentanta w – jak mawiał Miłosz – turnieju garbusów delikwent zaczyna czytać, myśli jego kolegów i koleżanek nie krążą wcale wokół tekstu. O nie, ich myśli dotyczą zagadnień takich jak: Dlaczego pan S. ma takie chody, a my nie mamy? To chyba jakiś lizus? A może sypia z wykładowcą? Podobno oni wszyscy są strasznie zepsuci! Kto wie, co się dzieje, jak się nawalą w „Kanie”? Te ich artystowskie perwersje! A w ogóle to dlaczego musimy znowu tego słuchać? Te teksty wcale nie są dobre! Promują go tylko dlatego, że jako jedyny miał czelność pokazać im swoje wypociny! Egocentryczne bydlę! Zanudzi nas! Na śmierć nas zanudzi! Duszno! Dosyć!... Drugi powód, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem, jest taki, że ci, którzy muszą wysłuchiwać, jaki jest obiecujący, życzą mu rychłego zgonu. W sensie artystycznym.

 

 

 

            3. Oto aksjomat, który prowadzi obiecującego pisarza przez pustynię niedocenienia niczym gwiazda betlejemska: na literatów lecą laski. Co prawda, obiecujący pisarz rzadko może posługiwać się w erotycznych potyczkach niezawodnym orężem, jakim jest wydana książka, ale mówimy o Szczecinie, nie o Krakowie czy Warszawie, gdzie prawdziwych literatów z prawdziwym dorobkiem mamy zatrzęsienie. U nas posiadanie własnego ISBN-u nie jest nieodzowne. Załóżmy, że artystyczny urok zadziała bez zarzutu – obiecujący pisarz zazwyczaj potrafi wydusić z siebie jakiś zręczny cytat, do tego rozliczne autopromocyjne listy wysyłane do wydawnictw razem z maszynopisami oraz telefoniczne rozmowy z redaktorami nauczyły go przymilności, hipokryzji i obłudy. Załóżmy, że pokręcił się trochę po rozmaitych spotkaniach literackich, po promocjach książek, po spotkaniach redakcyjnych którejś z efemerycznych lokalnych gazet, wreszcie po libacjach w „Kanie” i wypatrzył tam jakąś śliczną intelektualistkę, i zawrócił jej w głowie swoim talentem, i planami, i jeszcze jej parę swoich rękopisów wręczył. Dziewczyna jest w siódmym niebie. Oto artysta – z bogatym życiem wewnętrznym, z niesamowitą erudycją i charyzmą, elokwentny, chmurny, uroczo podgryzany przez wewnętrzne demony – wybrał ją, skromną miłośniczkę książek. Na pierwszą randkę idą do artystycznej kawiarni, w której pisarza wszyscy znają i chwalą. Na drugą do knajpy, w której przypadkowo siedzą kumple pisarza z uczelnianej gazetki. Wspaniale. Tylko co dalej? Otumaniona pięknymi słowami naszego bohatera dziewczyna spodziewa się bowiem, że na weekend zabierze ją do Pilcha na herbatę. Że pozna ją z Olgą Tokarczuk. Że wakacje spędzą u Stasiuka na wsi. Przecież jesteś pisarzem, kochanie. Przecież inni pisarze to twoi  z n a j o m i . A ja tak bardzo chciałabym ich poznać, tak fascynują mnie osoby, które kryją się za tekstem. Co? Co proszę? Co to znaczy: o b i e c u j ą c y  pisarz? Ty tak naprawdę  n i g d y  n i c?  Jedynym innym literatem, jakiego znasz, jest bibliotekarz z twojego osiedla piszący interesujące haiku? A w sobotę wódę chlejesz ze znajomymi z dzielnicy, a nie w „Czułym barbarzyńcu”? I nie prowadzisz korespondencji z Szymborską i Świetlickim? Co? Jedyna  korespondencja, jaka do ciebie przychodzi, to, oprócz odmownych odpowiedzi, kartki pocztowe od byłej laski na święta?! Taki z ciebie, psiakrew, inteligencik? Odchodzę, oszuście, rozumiesz!? Odchodzę! Trzeci powód, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem - ten afrodyzjak działa tylko na pierwszych randkach. .

 

 

 

            4. Nadchodzi koniec studiów. W wariancie optymistycznym obiecujący pisarz ma na koncie parę recenzji, parę artykułów, parę opublikowanych w ważnych pismach literackich opowiadań, może nawet jedną lub dwie powieści wydane w lokalnym wydawnictwie. Co teraz? Większość rozsądnych młodych szczecinian po otrzymaniu tytułu magistra robi tę jedną jedyną rozsądną rzecz, jaka im pozostała: wyjeżdżą za granicę zarobić na przyzwoity start. A obiecujący pisarz? Cóż, jemu wydaje się, że lada moment spełni się  obietnica zawarta w jego pisarstwie. Być może za kilka tygodni – kombinuje nasz bohater, mnąc w pokrzywionych od stukania w klawiaturę dłoniach dyplom – a nawet za kilka dni pozna się na mnie jakiś poważny redaktor. Kto wie, może to dzieje się już w tej chwili. Może właśnie ktoś ważny czyta któryś z moich tekstów i krzyczy: Eureka! Nie mogę zatem wyjechać, nie mogę tracić kontaktu ze słowem polskim, z krajowym obiegiem kulturalnym. Może coś przeoczę? A może będę musiał szybko wracać, żeby podpisać umowę? A spotkania z czytelnikami? Nie, nie jadę, stracę tylko w tej Anglii czas. Obiecujący pisarz zostaje w domu. Mieszka tylko ze swoją ukochaną obietnicą i tylko trochę mniej ukochaną mamą. Nie pracuje nigdzie na stałe, wszak nie może tracić czasu przeznaczonego na pisanie, a o przyszłość nie ma się co martwić, w przyszłości będzie mógł żyć  z e  s z t u k i . Pewnie miałby jakieś szanse, gdyby znalazł bogatą, operatywną żonę, ale nie znajdzie z przyczyn opisanych w punkcie trzecim... Czwarty powód, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem, można sformułować następująco: bo czekanie czasami za bardzo wchodzi w krew.

 

 

 

            5. Mijają lata. Obiecujący pisarz – przymuszony życiowymi okolicznościami - albo  zarzuca swoje hobby, albo egzystuje gdzieś na peryferiach lokalnego życia literackiego, dobijając w końcu do takiego wieku, że nie mówi się już o nim „obiecujący pisarz” a „skończony grafoman”. Słowa te wypowiadane są jednak cicho. Nie kopie się leżącego. W naszym bohaterze nie ma nadziei na sławę, pozostał w nim już tylko jad. Pozwala mu on czerpać jeszcze trochę satysfakcji z czytania książek rówieśników, które napisałby lepiej, i z rechotania z kolejnego pokolenia obiecujących pisarzy studiujących polonistykę, którzy płaczą rzewnymi łzami do słuchawki, z której dobiega głos potencjalnego wydawcy: „Z przykrością muszę pana zawiadomić, że...” Piąty powód, dla którego nie warto być obiecującym pisarzem, zawiera się w pytaniu: skoro najprawdopodobniej skończysz tak marnie, to po co zaczynasz? Tak, oczywiście, niektórzy młodzi dostają się w końcu na szczyt. Otrzymują to, co chcieli – uznanie, sławę, recenzje w „Wyborczej”, kobiety z najwyższej półki. Szczęściarze. Ciekawe, ile zostaje w nich z dawnej frustracji?  


Alan Saisnowski



Rysunek: Tomasz Bohajedyn

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.