14 grudnia 2018, piątek

Teatr rozmowy

Dariusz Łukaszewski

Kobieta Świata

 





Agnieszka Duczmal to wciąż ja.



Dariusz Łukaszewski: - Trzy miesiące temu rozmawiałem z Panią ponad godzinę, i wydawało mi się wtedy, że już wiem o Agnieszce Duczmal wszystko, tymczasem przed tygodniem obejrzałem Pani portret, autorstwa Mariusza Kałdowskiego i dotarło do mnie, że popełniłem grzech potwornego przegapienia. Otóż, kompletnie umknął mojej uwadze ważny fakt, który dopiero na portrecie Mariusza dostrzegłem, bo on od razu to odkrył i na tym odkryciu portret oparł – Pani Agnieszko, Pani ma niebieskie oczy!

Agnieszka Duczmal: - No tak. Ale to naprawdę z dyrygowaniem nie ma nic wspólnego, więc…

Ale z Panią tak!

- Owszem, ale do czego ta rozmowa zmierza?

Moja mama powtarzała: oczy niebieskie, to życie królewskie.

- Jest takie powiedzenie, też je znam.

Pani jest doskonałym potwierdzeniem, że w każdej legendzie tkwi garść prawdy. Życie Agnieszki Duczmal: pierwsza kobieta, która wystąpiła w La Scali, dalej - La donna del mondo, czyli Kobieta świata… Tu chcę się zatrzymać w tym wyliczaniu; czy tytuł Kobiety świata zmienił w Pani życiu wszystko?

- Proszę Pana, to był 1982 rok, byliśmy z orkiestrą we Włoszech na festiwalu. I pamiętam, co prawda, że wzbudziłam wielkie zainteresowanie dziennikarzy, udzieliłam wielu wywiadów i… i w zasadzie to był mój cały udział w tym światowym plebiscycie.

?!

- Wróciliśmy do Polski i dopiero rok później, podczas koncertu w Auli Uniwersytetu Poznańskiego podeszła do mnie pani z ministerstwa kultury i wręczyła mi brązowo-żółtą kopertę i powiedziała, że nie wie, jak to się u nich znalazło, ale otworzyła, zajrzała do środka i wydaje się jej – powiedziała - że chyba byłabym tym zainteresowana.

I?…

- W środku była dokumentacja wyborów Kobiety świata: kandydatury wysuwały ambasady, a jedną, jak się okazało, dla mnie najważniejszą, dziennikarze włoscy, którzy wytypowali mnie. No i był oczywiście medal „Agnieszka Duczmal La donna del mondo”. Ten list dotarł do mnie dziwnymi kanałami i był wiele miesięcy spóźniony, więc żaden przełom nie mógł nastąpić.

To był rok 1982, głęboka komuna, szalał stan wojenny Jaruzelskiego, wprowadzony dla dobra wszystkich Polaków, w tym – jak widać - i dla Pani dobra.

- Nie chciałabym w tej rozmowie wprowadzać wątków martyrologicznych, choć oczywiście szkoda mi tamtej straconej sytuacji. Z materiałów w kopercie dowiedziałam się, że wręczenie tej nagrody, pół roku wcześniej, połączone było z międzynarodową konferencją prasową, niestety – beze mnie. Nie dane mi było skonsumować tego prestiżu na forum światowym, choć taki impuls marketingowy bardzo przydałby się orkiestrze.

Cofnijmy się do roku 1968. Cenzura zdejmuje „Dziady” Kazimierza Dejmka ze sceny Teatru Narodowego, trwa rozprawa z tak zwanymi rewizjonistami, rusza wielka polska emigracja, sowieci wkraczają do Czechosłowacji, a Pani zakłada orkiestrę…

- To rzeczywiście był rok wyjątkowy. Latem przeżywałam bezpośrednio sytuację w Czechosłowacji będąc na obozie taternickim w Tatrach Słowackich, a jesienią zakładałam orkiestrę. I nie miało to nic wspólnego z całym tym politycznym huraganem; po prostu - był początek roku akademickiego, ruszało życie studenckie, i parę luźno rzuconych zdań na korytarzu Wyższej Szkoły Muzycznej zaowocowało moją decyzją o założeniu tej orkiestry.

Wydarzenia wielkie i największe oraz te całkiem nieważne mają zawsze podobnie błahy początek – taka mądrość mi się tu przypomina, kiedy Pani wspomina niewinne okoliczności rozpoczęcia historii, która przez czterdzieści lat rozpędziła się do wydarzenia światowej rangi, zatytułowanego „Orkiestra Kameralna Polskiego Radia AMADEUS”

- Tak, gramy już 40 lat.

W życiu człowieka „czterdziestka” to jest taki moment, kiedy zaczyna się przemawiać głosem pewnym swych racji, ale też, często, ulega się znużeniu i popada w rutynę. Zupełnie niedawno, genialny kontrabasista Gary Karr, z którym koncertowaliście, powiedział o Pani Orkiestrze: „Najbardziej entuzjastyczni muzycy świata”. A więc – zero rutyny, ciągły entuzjazm, sto procent świeżości. Jak to się robi?

- Mamy 40 lat, ale czujemy się jak dwudziestolatki. To dlatego, że muzyka jest naszą pasją. Wchodzimy w nią stale głębiej i głębiej, kolejne wykonanie tego samego utworu powoduje, że dostrzegamy coraz to nowe szczegóły, które przy pierwszym wykonaniu nie wydawały się może pierwszoplanowe. Odkrywanie nowych możliwości tkwiących w utworze jest bardzo emocjonujące. Pamiętam, że mój profesor, który już dobiegał osiemdziesiątki, zadzwonił do mnie rozentuzjazmowany i powiedział: Wiesz, co? Robię tę VII Symfonię Beethovena już po raz kilkudziesiętny, a dopiero teraz odkryłem dwa zupełnie nowe takty, których dotąd nie zauważałem. Taka właśnie jest muzyka – wiecznie żywa. Kiedy się ją wykonuje z pasją, to – ujmując rzecz obrazowo - „przepuszcza” się ją przez swoje wnętrze i ona za każdym razem uruchamia trochę inne emocje.

Można powiedzieć, że konkretne wykonanie utworu jest obrazem Pani stanu emocjonalnego, psychicznego, w jakim się akurat Pani znajduje? Że inne było wykonanie w 1968 roku a inne jest w 2008, bo przecież jest Pani już trochę inną osobą?

- Tak, można tak powiedzieć. Z tym, że tu dochodzi jeszcze inna sprawa – człowiek młody jest skrępowany zasadami, czy wręcz wpojonymi przykazaniami akademickimi, i w trakcie rozwoju ten akademicki gorset pęka i ustępuje miejsca indywidualnej osobowości, jaka się w człowieku rozwija. Artysta zaczyna przemawiać swoim głosem. Jest oczywiste, że dzisiaj wykonuję utwory z większą swobodą, z większą wolnością, ale nie mogę również powiedzieć, że jestem zupełnie inna niż byłam 40 lat temu, bo przecież swój styl buduje się na bazie i tego, z czym się człowiek urodził, i na bazie pierwszych doświadczeń, właśnie akademickich, i wszystkich następnych, nie odrzucając ich przecież, ale wykorzystując i wzbogacając. Ale, faktycznie, gram dzisiaj z dużo większą swobodą, z dużo większą wolnością, chociaż Agnieszka Duczmal to wciąż ja.

Zastanawiam się, jak daleko można się w tej swobodzie i wolności posunąć? Kilkanaście stron dalej, Łukasz Kuropaczewski, gitarzysta światowej klasy i nasz morelowy korespondent z USA irytuje się na recenzenta wielkiej polskie gazety, który o Ivo Pogorelichu, jednym z najważniejszych muzyków w historii, napisał: „Byłem świadkiem najgorszego wykonania Koncertu Fortepianowego Rachmaninova, jakie kiedykolwiek słyszałem.

- Wie pan, zdarza się, że w rozpędzie poszukiwań coś się nazbyt przerysowuje, i to przestaje się mieścić w tych stosunkowo wąskich ramkach poprawnościowych, w jakich porusza się duża część nie tylko krytyków. Hm, ja nie sądzę, żeby ta druzgocąca recenzja miała jakikolwiek wpływ na Ivo Pogorelicha i na jego karierę. Znamienne jest też to, że… zastanawiam się i sięgam pamięcią wstecz, żeby zweryfikować to, co zamierzam powiedzieć, z tym co pamiętam… no tak, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czytała recenzję napisaną przez światowej sławy muzyka, nie zdarzyło się, żeby recenzentem był jakiś znakomity wykonawca.

Może i trochę szkoda, bo kontakt zdecydowanej większości ludzi z muzyką, z teatrem, z malarstwem odbywa się za pośrednictwem krytyków. Więcej ludzi przeczyta recenzję z koncertu, czy sztuki teatralnej, niż je obejrzy: do teatru wejdzie 200 - 400 osób, a recenzję w gazecie przeczyta 200 tysięcy. I wszystkie te osoby nie dowiedzą się o nowej wartości, o jaką Pogorelich wzbogacił Koncert Fortepianowy Rachmaninowa, tylko przeczytają, że zagrał najgorzej, bo pan krytyk nie był w stanie w ogóle pojąć o czym ten wielki artysta gra.

- Krytyka wymaga wielkiego wyczucia, znajomości istoty rzeczy, której dotyczy i odpowiedzialności, bo o ile Pogorelichowi ten recenzent krzywdy nie zrobi, to gdy trafi na osobę młodą, utalentowaną i nieznaną, dopiero rozpoczynającą karierę, to może jej złamać życie. To wielka odpowiedzialność, na którą nie zdecyduje się żaden koncertujący artysta wiedząc, że odbiór muzyki jest subiektywny i oceny mogą się różnić, nawet diametralnie. Kiedyś Henryk Szeryng powiedział mi: Pamiętaj, nigdy nie przejmuj się recenzjami, bo możesz stracić osobowość. Oczywiście, ja czytam recenzje, te krytyczne też, i zastanawiam się bardzo poważnie czy nie są zasadne, ale nie są one moją biblią. Warto jednak czasem popatrzyć na siebie z boku, okiem innych. Czasem też mnie rozbawiają. Na przykład, przeczytałam kiedyś coś takiego, napisanego zadziornie z bardzo czytelną nutą przygany: „ Niżej podpisany wyszedł z koncertu ze spuszczoną głową, podczas gdy publiczność biła brawo na stojąco”.

Chyba autor tej krytyki wybrał się nie na ten koncert?

Chyba tak.

Łukasz Kuropaczewski zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, pisze mianowicie, że omal z krzesła nie spadł gdy na amerykańskim portalu przeczytał recenzję z koncertu Kristiana Zimermana w Nowym Jorku i nie doszukał się ani jednego dobrego słowa na temat gry naszego wybitnego pianisty…

- A tę recenzję Polak napisał?

Tak właśnie było.

- No, nie mogę powiedzieć, że cieszę się z tego powodu, iż odgadłam finał historii opowiadanej przez Łukasza Kuropaczewskiego.

Za to recenzje dokonań Pani orkiestry, te do których ja się dokopałem, nie pozostawiają miejsca na margines interpretacji, są jednoznacznie pozytywne. I to są wielkie opiniotwórcze tytuły: „Allgemeine Zeitung”, „Independent”, Corriere della Sera”, „Die Welt”, The Daily Telegraph, tytuły brazylijskie, kanadyjskie, nazbierało się „tego” trochę przez tych 40 lat, które doprowadziły do jubileuszowego koncertu, z malarstwem Mariusza Kałdowskiego w bardzo mocnym tle. Skąd pomysł na taki malarsko-muzyczny tandem, na czym polega jego niezwykłość i dlaczego to trzeba wysłuchać i obejrzeć?

- Warto i dla muzyki i dla malarstwa. Pomysłem zaraziła mnie Gabrysia Ułanowska. Pomyślałam, że skoro „Cztery Pory Roku” Antonio Vivaldiego zainspirowały Mariusza do namalowania monumentalnego obrazu pod takim samym tytułem, to połączenie muzyki z obrazem może doprowadzić do interesującego efektu, skutkującego nową, ciekawą jakością. Zresztą od lat marzyłam o tym, żeby łączyć wernisaże malarskie z koncertami, żeby łączyć te dwie sztuki. Z tańcem miałam już wspólne doświadczenia, ale z malarstwem jeszcze nie. A ten obraz jest tak związany z muzyką, że współpraca wydała mi się oczywista. Ja jestem nim zafascynowana. Zanim go zobaczyłam, widziałam już inne malarskie cykle, zatytułowane „Cztery pory roku”, ale to zawsze były oderwane obrazy. Osobno wiosna, osobno lato, jesień i osobno zima. U Mariusza jest to całość, płynne przenikanie tych okresów, dodatkowo związane z narodzinami życia, dochodzeniem do jego finału i przejściem w kres istnienia. Zrobił to w zupełnie genialny sposób, to połączenie zmieniającej się natury z następującymi płynnie po sobie okresami w życiu człowieka i to wszystko płynie, zmienia się, przenika równolegle do muzyki, do jej rosnących napięć, kulminacji, do jej opadania i momentów zwyczajnie radosnych, powiedziałabym – witalnych. To tworzy bardzo spójny spektakl, w którego centrum jest Vivaldi, a jego muzykę łączymy z „Czterema Porami Roku” Piazzolli, którego również Vivaldi zainspirował, a więc mamy tu radość życia sprzed kilkuset lat zestawioną ze współczesną radością Piazzolli. I to wszystko rozgrywa się równolegle z obrazem Mariusza. Warto w tym uczestniczyć, do czego szczerze wszystkich zapraszam.

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.