Projekt Grochowiak
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Gorda
Janusz Drzewucki komentarzy: 1
Stanisław Grochowiak
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Trismus, cz.5, ciąg dalszy
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Trismus, cz. 4, ciąg dalszy
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0
Dlaczego Grochowiak? (2)
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Trismus, cz. 3, ciąg dalszy
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Trismus, cz.2, ciąg dalszy
Agnieszka Dworniczak komentarzy: 0
Człowiek i pisarz cz.2
Stanisław Grochowiak komentarzy: 0
Skolopendra
Błażej Baraniak komentarzy: 0
Dlaczego Grochowiak
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

















Żył krótko, ale intensywnie. Ciężko pracował. Pisał dużo i dobrze. Każdy z jego zbiorów wierszy był rozchwytywany przez czytelników i szeroko komentowany w prasie literackiej. Dzisiaj wydaje się poetą zapomnianym. Najwyższy czas zacząć go czytać na nowo. W jego poezji możemy przejrzeć się niczym w lustrze.
Szef jednej z ważniejszych gazet kulturalnych w kraju zastanawia się publicznie, jaki jest sens poświęcania w „Morelach i Grejpfrutach” miejsca na „przedruki (w ramach finansowanego przez MKiDN Programu Grochowiak) – prozy Grochowiaka i opracowania wydanego w książce o nim kilka lat temu”. „Tego odgadnąć nie mogę”, wyznaje.
Dorobek Grochowiaka stanowi nie tylko liryka. Debiutował wszak równocześnie tomikiem wierszy i tomem prozy. Jego utwory niepoetyckie podejmują najczęściej – wręcz obsesyjnie – temat wiary w Boga, śmierci, starości, męstwa, poszukiwania tożsamości. Próbują też odpowiedzieć na ówczesne „zamówienie społeczne”, wprowadzając problemy wojny, walki klasowej, powojennych migracji i sprzeczności między ideologią a praktyką.
Nazywam się Stanisław Grochowiak. Urodziłem się 24 stycznia 1934 roku w małym miasteczku wielkopolskim jako trzecie z kolei dziecko dość zamożnych rodziców. Dzieciństwo miałem więc pogodne, którego sielskości nie mącił fakt, iż w tymże styczniu 1934 Adolf Hitler doszczętnie już opanował ministeria Rzeszy Niemieckiej. Wojna 1939 roku zaskoczyła mnie tak, jak w słoneczny dzień wybuchająca burza.
Miasteczko nasze oddychało ciężkim kurzem i spiekotą. Grube liście kaktusów na balkonie pokryły się złotą jak pył motyla patyną lata. Skwierczało w zębach. A dziwiłem się głośno, gdy u Dolżanki, w zamkniętym na cztery spusty i osiemnaście butelek salonie z lekarstwami, przesunąłem ręką po zielonej kanapie i poczułem między palcami—w najwrażliwszych miejscach skóry — piasek. Skwierczący piasek.



