Teatr rozmowy
Wojtek Bąkowski
W Polsce podejście jest takie, że ludzie mają pełne przekonanie, że sztuka należy im się za friko, że w ogóle świat ma być wdzięczny im za to, że korzystają ze sztuki i ją oglądają. (…) Natrafiam na tabuny facetów, którzy prowadzą jakieś festiwale, przeglądy i tak dalej, i kiedy pojawi się temat pieniędzy, to wysyłają mi maile o wolontariacie i pierdolą coś bez sensu. A ja po prostu z tego żyję i nic innego obecnie nie robię.
(2008 rok)
Wojtek
Bąkowski – poeta, muzyk, autor filmów animowanych i wideo,
performer, rocznik 1979. Rozmawiamy dwa dni po wernisażu wystawy
„Brzuch” grupy Penerstwo, do której należy, w Starym
Browarze w Poznaniu. Ponieważ przychodzi ze swoim psem Perełką,
schodzimy do parku za Browarem. Jest piękny dzień – wiosna w
lutym. Kiedy znajdujemy ławkę i włączam dyktafon, opowiada
właśnie o niedoczytanych książkach.
Pstryk.
Wojtek
Bąkowski: – …Białoszewskiego przeczytałem taką książkę
„Rozkurz”. Na tyle mnie interesował, że przeczytałem całego.
Co jeszcze przeczytałem w całości? Niech sobie przypomnę…
Kurczę, nie pamiętam. Białoszewskiego tylko w całości
przeczytałem. Wszystkie inne książki zaczynałem… „Lubiewo”
przeczytałem całe!
Agnieszka
Wróblewska: – I co?
–
Podobało mi się bardzo. Więcej nie pamiętam książek, które
bym przeczytał w całości. Nie ma chyba takich. Książki nudzą mi
się po mniej więcej jednej czwartej. Wolę filmy.
A
konkretnie, jakie? Co oglądasz?
„Rodzinę
Soprano”. Wszystkie odcinki i teraz lecę od nowa już trzeci raz.
A mój ulubiony film to jest „Dzień świstaka”. Lubię
romantyczne komedie. Nie żartuję, naprawdę. Lubię kino, które
się dobrze ogląda. Przy Bergmanie z nudów zasypiam, tak jak
przy książkach.
Ale
są inne fajne filmy, które się dobrze ogląda, a które
nie są komediami romantycznymi.
–
Na przykład? Powiedz, to ja coś o tym opowiem.
Kubrick
na przykład.
–
Tak. Tak, tak! To prawda! „Odyseja kosmiczna” – rewelacja!
„Barry Lyndon” – pierwsza część do dupy. Część, w której
Lyndon traci przywileje i dzieje mu się ogólnie zło –
rewelacja. W ogóle filmy Kubricka wyglądają tak, jakby robił
je kto inny, i tylko na chwilę (nie wiem, z kibla?) przychodził
Kubrick, wtrącił swoje i wtedy film jest dobry, potem poszedł
gdzieś znowu (na obiad?) i film jest do dupy. Tak jest z „Barrym
Lyndonem”, tak jest na przykład z „Full Metal Jacket”, gdzie
pierwsza część jest genialna, a potem zaczyna się jakieś
hollywoodzkie gówno o Wietnamie. Z „Odysei” bym
wyciął tę ostatnią część – „Poza Nieskończonością”,
gdzie są te jakieś takie…
Kosmiczne
dziecko…
–
…inne takie symboliczne badziewia. A w ogóle, co za jełop!
Zrobił film, który się kończy tak mocną sceną, że prawie
wytrzymać nie można, mam na myśli scenę wyłączania komputera, a
potem zrobił takie gówno i dodał do tego na koniec. To tak,
jakby trochę nie rozumiał, co robi. Ta końcówka jest po
prostu tak złym dziełem i tak kontrastuje z tą genialną historią,
która się dzieje na statku, gdzie jest misja na Jupitera. To
mogę oglądać dziesiątki razy. Mam nawet DVD i sobie włączam
tylko tę część. Te małpy na początku szybko przewijam, bo to
jest dosyć nudne. Dosyć fajna jest część, jak lecą ten monolit
odkryć; to mi się podoba, bo tam jest przede wszystkim fajnie
zrobiony design – są z lat 60. rzeczy, ale w kosmosie, i to jest
fajne. A część z HAL-em, tym komputerem, to jest jakiś
niewiarygodny majstersztyk, po prostu cudowne! Cudowne!
A
„Mechaniczna pomarańcza”?
–
Denerwuje mnie. Wiesz co, ja nie lubię takiego science fiction. To
znaczy nie lubię takich komiksowych rzeczy, bo to jest taki
komiksowy film. Jest zaczarowany świat, który nie istnieje, i
są bandy clownów. Nie wiem, czy są, ale to jest w tym stylu,
że mogłyby być bandy clownów i nic by się specjalnego nie
stało. Ja nie lubię takich filmów. Lubię filmy o
sytuacjach, które by się mogły zdarzyć potencjalnie.
A
z animacji?
–
Z animacji to mi się mało co podoba. Nie lubię filmu animowanego
zasadniczo. Wolę normalne filmy. Jak już miałbym powiedzieć, że
mi się coś podoba, to z lat 70. parę polskich rzeczy. Na przykład
Antoniszczak podoba mi się. Niecały, bo ostatnio kolega dał mi
płytę, gdzie były takie rzeczy Antoniszczaka, że aż wstyd,
wyobraź sobie.
Skąd
to miał?
–
Jakiś idiota zrobił antologię Antoniszczaka i włożył tam
największe gówna, jakieś kukiełkowe rzeczy…
Masz
to jeszcze?
–
Wiesz co, gdzieś tam mam w domu, jakbym poszperał, tobym znalazł.
To
poszukaj.
–
OK. Natomiast te wszystkie rzeczy, które z Urbańskim zrobił:
„Fobia”, „Jak działa jamniczek”, „Ostry film zaangażowany”
i te wszystkie kroniki, to bardzo dobre, moim zdaniem, rzeczy. Bardzo
lubię Czekałę, chociaż bardziej na studiach lubiłem niż teraz.
Jeśli chodzi o zachodnie rzeczy, to tam jest dużo awangardy, dużo
abstrakcyjnych filmów. Chodzi mi o „Len Lye’a”, McLarena
i te wszystkie rzeczy. Doceniam to z tego powodu, że to
uczestniczyło w obiegu artystycznym na równoprawnych
zasadach, o co dzisiaj trudno. Mam na myśli to, że dzisiaj film
animowany odkleił się od sztuk plastycznych i to jest jego wielka
zguba, bo stał się ubogim krewnym kinematografii. A wtedy, gdy
działali ci faceci, jak Fischinger i tak dalej, wtedy z animacją
było tak, jak ja bym chciał, żeby było teraz: była częścią
sztuk plastycznych, sztuk wizualnych. Była pokazywana w galeriach, w
różnych takich sytuacjach. I nie interesują mnie specjalnie
te filmy abstrakcyjne, ale doceniam ten okres dla animacji, bo wtedy
animacja była na swoim miejscu, szkoda, że tam nie została. Coś
spowodowało, że wypadła z niego. Ostatnio mało oglądam. Przez
to, że nic mi się nie podobało, to przestałem się tym
interesować, a może jest tak, że teraz są fajne rzeczy, a ja nie
wiem. Przyznaję się do tego, że jestem ignorantem, jeśli chodzi o
animacje.
To
dlaczego sam je robisz?
–
Bo mi się podoba ta forma wyrazu. To nie jest też tak, że robię
tylko animacje, bo robię różne dzieła. Czasami mam taką
potrzebę, żeby zrobić film animowany, bo akurat mam do powiedzenia
coś, co najlepiej jest powiedzieć tym językiem.
Kiedy
wyjdzie antologia PWA z animacją eksperymentalną, na której
będą też Twoje rzeczy?
–
Nie wiem, kiedy się pojawi. Poprosili mnie, abym teraz wysłał
filmy, ale jeszcze nie napisali, kiedy się ukazuje. Mają mi
przysłać umowę. Z doświadczenia wiem, że to potrwa z pół
roku lekko. Takie poważne firmy zaczynają rozmowę bardzo wcześnie.
Im poważniejsza firma, to rozmowa jest wcześniej, ale to czasami
niedobrze, bo na przykład galeria Arsenał w Poznaniu ma zaklepane
wystawy na cały rok do przodu, co jest niedobre. Bo w międzyczasie
pojawiają się krótkie efemerydy, które mogą być
ciekawsze, a nie ma na nie miejsca, bo jest zaklepany program.
I
jak Ty w tym wszystkim funkcjonujesz? Jesteś młody, nieznany, coś
tam sobie grzebiesz…
–
Znany jestem.
Znany
jesteś? A w jaki sposób docierasz do widza, czytelnika,
słuchacza?
–
Wydaję płyty, uczestniczę w wystawach, w festiwalach, gram
koncerty w kraju. Za granicą trochę też, ale rzadko. I to
wszystko. Nie ma mnie na billboardach.
Ale
masz poczucie, że jesteś znany. To krzepiące.
–
Tak, mam takie poczucie. No bo w środowisku filmowym wiedzą, kim
jestem i co robię. W środowisku artystycznym również. W
muzycznym – trudno powiedzieć, bo to środowisko jest tak
rozległe... Ale w alternatywnym również. Encyklopedie mnie
uwzględniają, więc chyba nie mogę narzekać na brak popularności.
Jak na to, co robię, no bo przecież to jest bardzo hermetyczna
działalność.
I
generalnie odpowiada Ci to, w jakim obiegu funkcjonujesz?
–
Tak. To znaczy funkcjonuję w takim, w jakim chcę, bo jeśli jakiś
obieg mnie nie interesuje, to się wycofuję.
Wiesz,
to, że mi mówisz, że jesteś znany, trochę mnie bawi z tego
względu, że ja jako odbiorca nie jestem w stanie dotrzeć prawie do
niczego z Twoich rzeczy. W Internecie znalazłam bloga
(www.wsb.blog.pl
– red.), jakieś ogólne informacje, kadry z filmów i
co tam jeszcze… Jakieś teledyski były, i to wszystko. Dlatego tak
uporczywie Cię pytam o Twoje filmy.
–
Żeby sprawdzić, czy ktoś jest znany, jest tylko jeden sposób:
wpisujesz w Google imię i nazwisko, wciskasz „Grafika” i
patrzysz na liczbę wyświetleń. Z drugiej strony ja to ujmuję w
pewien cudzysłów, bo mówiąc, że jestem znany, mam na
myśli to, że w porównaniu z innymi ludźmi, którzy
uprawiają działalność podobną do mojej, to jestem znany. Ale
gdybyśmy rozmawiali o ludziach, którzy są znani w ten
sposób, jak znana jest, nie wiem, Doda, to nie jestem znany.
Nikt mnie na ulicy nie rozpoznaje, spokojnie. Więc to bycie znanym
powinnaś rozumieć specyficznie.
Ja
to rozumiem w taki sposób, że jesteś jednak zepchnięty na
margines.
–
Zepchnięty na margines… A jaką sytuację ty byś uznała za
niebycie zepchniętym na margines?
Gdybym
mogła zobaczyć Twoje filmy bez zawracania Ci głowy. No bo jak to –
mam do połowy twórców, którzy mnie interesują,
wysyłać maile z pytaniem, jak można dotrzeć do ich filmów?
Co z tą telewizją na przykład?
–
Ale wiesz co, moje filmy nadają się do telewizji w ten sposób,
że można by wieczorem w programie kulturalnym…
O
1.05.
–
No, o 1.05, dla garstki osób, która interesuje się
sztuką, pokazywać takie rzeczy. I zdarzało się, bo byłem w
telewizji parę razy. Ale szczerze ci powiem, że dzisiaj telewizja
to nie jest już takie największe okno.
Którym
jest niby Internet?
–
No, bardziej. Albo w ogóle sytuacje, w których można
fizycznie uczestniczyć. I wydawnictwa z tym związane. Ja na
przykład nie mam telewizora w domu, no i co?
Poczytaj
sobie wywiady w tych „Morelach”, które Ci dałam. Jest w
nich na przykład rozmowa z Janem Klatą i on mówi także o
tym, że wyrzucił telewizor przez okno.
–
Nie wyrzuciłem przez okno, po prostu nie naprawiłem, gdy się
zepsuł.
Notabene
on też ogląda „Rodzinę Soprano”.
–
To wie, co dobre. Równy chłop! A kto to jest?
Taki
reżyser teatralny. Nie znasz Jana Klaty?
–
Nie interesuję się teatrem.
Ja
też nie interesuję się teatrem, ale nazwisko kilka razy obiło mi
się o uszy.
–
Nazwisko Klata kojarzy mi się raczej z takim aktorem, który
dzisiaj jest dorosły, a już jako dziecko grał. Nazywał się
Klata. Grał w „300 mil do nieba”, pamiętasz, taki z wielkimi
oczami? U Kieślowskiego też, w „Dekalogu”.
W
Jedynce?
–
No, on się zabił na łyżwach, potem utonął. To był właśnie
Klata, chyba Wojtek Klata. Ja się zupełnie na teatrze nie znam,
wiesz. Teatr się posługuje jakąś taką estetyką, która
mnie drażni. Odstrasza mnie to i nie widzę rzeczy, które
pewnie w teatrze są ciekawe. Ale nie wszystkim się można
interesować, nie wszędzie można być. Wtedy bym nie miał czasu
robić swoich rzeczy.
No
właśnie, ja też nie mogę wszędzie być, nie mogę pojechać na
wszystkie festiwale, na które bym chciała, zobaczyć
wszystkich wystaw. To jest dla mnie z przyczyn technicznych i
finansowych nie do zrobienia. Dlatego mówię o tych źródłach,
które są gdzieś bliżej. A w tych miejscach praktycznie Cię
nie ma. Czy Tobie naprawdę nie przeszkadza sytuacja, w której
na przykład „Zbrodnia i kara” Dumały jest pokazywana o 1.05?
–
Przecież to jest oczywiste, że czas antenowy jest zależny od
oglądalności i od kwestii czysto merkantylnych. Nie można
oczekiwać tego, że o godzinie 17 będzie program poświęcony takim
sprawom, bo to po prostu jest niemożliwe.
Ale
można oczekiwać, że człowiek wytrwa do 1.05.
–
No, to należy telewizję olać. Masz Internet. Możesz się
dowiedzieć, gdzie masz przyjechać i pójść. Na Penerstwo
przyszłaś. Twoja obecność zaprzecza twojej teorii.
Może
rzeczywiście trochę za bardzo to rozdmuchuję. Bo jednak
przeważnie, prędzej czy później, udaje mi się dotrzeć do
tego, na czym mi zależy. To się często odbywa dziwnymi kanałami i
bardzo długo trwa, ale w końcu oglądam sobie coś świetnego, a
potem siedzę wbita w fotel i myślę: This is it!
Wiem, że warto za tymi rzeczami chodzić i po prostu to robię. I
czasem czuję się tak, jakbym dokonywała małych odkryć. I to
dotyczy nie tylko filmów. Ale nie wszystko da się znaleźć.
No i co z innymi potencjalnymi odbiorcami tych rzeczy?
–
Chuj im w dupę! Nie wiedzą, co się dzieje, to niech siedzą po
domach. Nie ma co się przejmować tymi ludźmi, którzy są
ignorantami. Debilami, którzy wydają 25 czy 40 złotych na
piwo w barze bez żadnego zająknięcia, a kiedy bilet na jakąś
wystawę czy do muzeum kosztuje 5 złotych, to robią krzywą minę.
Ludźmi, którym się nawet nie chce zajrzeć do programu
galerii, czy poszukać w Internecie czegoś, co by ich interesowało.
Za to warto pamiętać o całej rzeszy ludzi, którzy są
bardzo aktywni. Ja na przykład uczyłem w trzech szkołach i mam
byłych uczniów takich, którzy się umawiają i robią
całe rajdy po mieście, zaliczając wszystkie ciekawe imprezy
kulturalne. Wystarczy, że sobie kupią jakiś informator kulturalny.
I trafiają na wszystkie moje wystawy. Ja przychodzę i ja widzę te
twarze. Jeżeli ktoś się interesuje i ktoś naprawdę wie, czego
chce, to on się znajdzie tam, gdzie powinien się znaleźć. Wiesz,
ja się tak nie przejmuję ludźmi. Ja się artystami przejmuję.
Chcę, żeby zarabiali, żeby żyło im się dobrze, żeby mieli
jakąś infrastrukturę dla swoich prac, żeby istniał jakiś obieg.
I wydaje mi się, że akurat z tym nie ma problemu, że są ludzie,
którzy oglądają sztukę. Że w Poznaniu na przykład jest
tych ludzi dosyć sporo, tyle chyba, ile powinno być. Przedwczoraj
na Penerstwie w pewnym momencie był taki tłok, że nie dało się
prac oglądać. Jest dobrze.
Faktycznie, dużo ludzi
przyszło. Ale wracając jeszcze do Internetu, a konkretnie do
blogów. Tego jest mnóstwo, jakaś kosmiczna ilość…
–
Ja bardzo dawno założyłem bloga i on już jest ostatnio martwy.
Chcę się wycofać z niego. Bo jest właśnie tak, jak mówisz.
Tak samo na You Tube jest taki problem, że na przykład wpiszesz coś
ciekawego, a Internet ma pewien specyficzny rodzaj szukania, to
znaczy on nie szuka rzeczy, które przystają pod względem
jakości, tylko na przykład jedno słowo o tym decyduje. I
„Bąkowski” nazywa się na przykład jakiś penerek, który
sobie w szkole nagrywa, jak sobie na lekcji wali konia, wpuszcza to
do Internetu i to jest obok mojego filmu. Internet działa
chaotycznie. To prawda.
Trzeba
strasznie dużo rzeczy przekopać, żeby dotrzeć do czegoś, co ma
jakąś wartość. Może nie do tego, co jest po prostu lepsze, ale
co akurat dla Ciebie byłoby ciekawe.
–
Tak. Trzeba wiedzieć, czego się szuka. To prawda. No, tu masz
rację. Rzeczywiście powinny istnieć jakieś media takie ogólne,
które by jednak pokazywały drogę. No, teraz rozumiem, co
masz na myśli z tą na przykład telewizją. Faktycznie, w
Internecie trzeba szukać tego, o czym się chociaż trochę wie. Ale
nie wiadomo, co ma być tym wiodącym medium.
Wilczyński
Mariusz – on wrzucił swoje filmy do Internetu, na swojej
stronie. Można sobie włączyć, obejrzeć.
–
Tak? A to chętnie zobaczę. A na jakiej stronie?
www.wilkwilk.pl
–
Ja nie widziałem w całości żadnego jego filmu. Tylko widziałem
na TVP Kultura dżingle, nawet ładne, podobały mi się, OK to było,
w fajnym stylu. Podobają mi się też animacje Janka Kozy. Była
taka kampania Heyah, z taką bajką na przykład. To on zrobił. Cała
kampania Heyah: takie bardzo lakoniczne, chamskie rysunki Polskę
przedstawiające, takie lekko karykaturalne rzeczy, cienką kreską
robione. Fajny styl. Facet tak specyficznie rysuje. I robi filmy
animowane. Mieliśmy nawet mieć wspólną imprezę we
Wrocławiu, ale nie chcieli zapłacić grupie KOT i żeśmy nie
pojechali. Ale mieliśmy grać z KOT-em na pokazie Janka Kozy. Się
cieszyłem, no bo to dobre towarzystwo, fajna impreza. Ale nie
wyszło.
No
właśnie, a jak to jest z zarabianiem na sztuce?
–
Różnie. W Polsce bardzo ciężko, dlatego że jeśli chodzi o
państwowe instytucje, to podejście jest takie, że ludzie mają
pełne przekonanie, które nie wiem skąd wzięli – to znaczy
wiem skąd wzięli – że sztuka należy im się za friko, że w
ogóle świat ma być wdzięczny im za to, że korzystają ze
sztuki i ją oglądają. A ja z racji mojego interesu reprezentuję
stanowisko przeciwne i nie uczestniczę w imprezach, za które
mi nie płacą. Mam do tego restrykcyjne podejście i natrafiam po
drodze na tabuny facetów, którzy prowadzą jakieś
festiwale, przeglądy i tak dalej, i kiedy pojawi się temat
pieniędzy, to wysyłają mi maile o wolontariacie i pierdolą coś
bez sensu. A ja po prostu z tego żyję i nic innego obecnie nie
robię. To znaczy staram się żyć. Nie ukrywam, że nie jest mi tak
do końca lekko. Bywa lepiej, bywa gorzej.
Ale
da się jednak z tego wyżyć?
–
No, da się, ale trzeba bardzo ciężko pracować. Trzeba długo
znosić biedę i niewygody. Trzeba absolutnie się nie poddawać.
Jeżeli ktoś pragnie wygód, to nie ma szans. Tak to wygląda.
Na szczęście pojawia się jakaś grupa ludzi, która jest
zainteresowana kupowaniem sztuki. To dobrze, że kolekcjonerzy w
Polsce nareszcie są i jest ich chyba coraz więcej, że rynek jakoś
się buduje, ale myślę, że dopiero za jakieś 10 lat on będzie
taki prawdziwy. Coraz częściej natrafiam na imprezy, na których
się płaci artystom. Ale niestety, ciągle jest pełno festiwali i
takich sytuacji, gdzie są tak zwane nagrody prestiżowe. Dostajesz
dyplom i możesz sobie tym dyplomem wycierać różne części
ciała.
Jednak
na niektórych festiwalach bywasz. Na OFAF-ie, na ReAnimacji.
Na czym jeszcze?
–
Wcześniej były też jakieś tam, których nazw nie pamiętam,
za granicą. W Japonii kiedyś mi się zdarzył. Ale nie mogę się
poszczycić zbyt częstym uczestnictwem w tych festiwalach. Raczej
rzadko to robię. Regularnie wysyłam filmy na OFAF-ę, bo jest takim
ogólnopolskim, najważniejszym forum. Warunki są bardzo
skromne, ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Ja uważam, że
jak są dobre rzeczy, to nawet na półdupku można siedzieć i
marznąć, i się ogląda z przyjemnością. Akurat kwestie
techniczne w ogóle mi na OFAF-ie nie przeszkadzają.
Przeszkadza mi raczej kierunek, w jakim idą twórcy, a raczej
brak tego kierunku. Wszystko jest z innej beczki. Ja nie mam nic
przeciwko różnorodności, ale wszystko reprezentuje inny
rodzaj bycia w kulturze. To są filmy, które nadają się na
przykład dla dzieci, żeby Pixar je wyprodukował i puszczał je
razem ze „Shrekiem”.
Mówisz
o technice czy o tematach?
–
W ogóle o stylu tych filmów, o ich jakości
artystycznej. Słuchaj, określę ci to krótko. Albo są
babskie filmy sypane z soli, gdzie się łabędź zamienia w oko, a
oko w zegar, i takie Dumałowskie pitu-pitu. Albo śmieszne filmy
zrobione w programach komputerowych. Był tam jakiś „Piotruś i
wilk”. To ładny film, tylko ja bym to puszczał dzieciom i
umieszczał to w takim otoczeniu. Rzeczy takie jak moje zupełnie do
tego nie pasują i robi się z tego jakaś impreza nie wiadomo czyja.
Tak, jakby się w jednym klubie bawili dresiarze z muzykami
symfonicznymi.
To
jest wina tych, którzy robią selekcję, czy samych reżyserów?
–
To jest wina kondycji filmu animowanego. Do tych, którzy robią
festiwal, nie mam żadnego zarzutu. To są fajni ludzie. Dobrze, że
to robią i pokazują to, co jest. Myślę, że mają ciężki orzech
do zgryzienia, bo mają grupę filmów, muszą z tego coś
wybrać i powstaje jakaś taka niespójna magma. Nie jest tak,
jak w latach 70., że jednak artystyczny film animowany stanowił
pewną jakość, którą można było wrzucić do jakiegoś
wora: to jest artystyczny film animowany i tam nie ma „Piotrusia i
wilka”, bo „Piotruś i wilk” byłby na innym festiwalu,
który by się nazywał Festiwal Filmów dla Młodego
Widza. I fajnie, bo to jest bardzo dobrze zrealizowany film i ja nie
mam nic przeciwko, moim dzieciom bym chętnie puszczał takie filmy.
Tylko, kurczę, trochę nie rozumiem imprezy.
Radek
Szlaga (również członek grupy Penerstwo – red.)
powiedział gdzieś, że tylko promil absolwentów ASP robi to,
co by chciał.
–
Tak jest. Ale to nie jest źle, bo ilu chciałabyś mieć artystów?
Cholera, pozabijaliby się. Ale bardzo potrzebni są ludzie w Polsce,
którzy będą decydować na przykład o tym, jak wygląda
Browar. Mamy to szczęście, że w Poznaniu mamy taką fajną
architekturę i takie ładne miejsce, dlatego że ludzie po ASP i po
innych uczelniach artystycznych realizują użytkowe prace. Bo
ogólnie jest strasznie. Na przykład plastyk miejski chyba
jest ślepy albo niedorozwinięty, no bo to, co się w mieście
dzieje, to jest żenada. Ale uważam, że ludzie w agencjach
reklamowych, którzy projektują opakowania do jogurtów,
są bardzo potrzebni. A ci, którzy robią sztukę, tak zwaną
sztukę właściwą, to musi być wąskie grono, bo w tym biznesie
jest za mało miejsca.
Dobrze,
ale spójrz na to z punktu widzenia tych, którzy robią
te opakowania do jogurtów. Czy im to odpowiada?
–
Znam wielu, którzy bardzo dobrze sobie z tym żyją i wcale
nie tęsknią za działalnością stricte twórczą, bardzo
lubią swoją pracę i się w niej realizują. Nawet ci, którzy
pracują w wielkich agencjach reklamowych. Jeżeli ktoś trafi do
takiej firmy reklamowej jak ta, w której pracuje na przykład
Janek Koza, to ma wielkie szczęście, dlatego że są takie agencje
reklamowe, które są kreatywne i potrafią swoich klientów,
czyli wielkie firmy, namówić do ciekawych rzeczy. I jak
spojrzysz na Heyah, to, kurczę, trzeba przyznać, że tam nie
ma pomyłek i są ładne rzeczy, plastycznie ciekawe; to wszystko
jest kreatywne. Niestety, są też takie agencje, które są
pod butem, które mają klientów, którzy
absolutnie nie dadzą sobie nic powiedzieć, nie ufają artystom. Nie
możesz zrobić czerwonej reklamy, bo oni chcą mieć wszystko
zielone i koniec. I tak naprawdę oni dyktują, co ma być na
reklamie. Nie wiadomo, po co zatrudniają agencję, skoro mogliby
sobie w komputerze sami robić te reklamy. Syn szefa mógłby
to w Corelu pstrykać. Ale to jest OK, że nie ma za wielu artystów.
Jeśli chodzi na przykład o moich kolegów ze studiów,
to z mojego rocznika Penerstwo głównie działa. Jest jeszcze
paru, nie mogę powiedzieć, że tylko Penerstwo, ale tego jest
bardzo niewiele, to jest kilka osób w Poznaniu.
Agnieszka Wróblewska



















Komentarze:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.