8 lutego 2012, środa

Teatr rozmowy

Agnieszka Wróblewska

Wojtek Bąkowski

W Polsce podejście jest takie, że ludzie mają pełne przekonanie, że sztuka należy im się za friko, że w ogóle świat ma być wdzięczny im za to, że korzystają ze sztuki i ją oglądają. (…) Natrafiam na tabuny facetów, którzy prowadzą jakieś festiwale, przeglądy i tak dalej, i kiedy pojawi się temat pieniędzy, to wysyłają mi maile o wolontariacie i pierdolą coś bez sensu. A ja po prostu z tego żyję i nic innego obecnie nie robię.




(2008 rok)


Wojtek Bąkowski – poeta, muzyk, autor filmów animowanych i wideo, performer, rocznik 1979. Rozmawiamy dwa dni po wernisażu wystawy „Brzuch” grupy Penerstwo, do której należy, w Starym Browarze w Poznaniu. Ponieważ przychodzi ze swoim psem Perełką, schodzimy do parku za Browarem. Jest piękny dzień – wiosna w lutym. Kiedy znajdujemy ławkę i włączam dyktafon, opowiada właśnie o niedoczytanych książkach.


Pstryk.
Wojtek Bąkowski: –
…Białoszewskiego przeczytałem taką książkę „Rozkurz”. Na tyle mnie interesował, że przeczytałem całego. Co jeszcze przeczytałem w całości? Niech sobie przypomnę… Kurczę, nie pamiętam. Białoszewskiego tylko w całości przeczytałem. Wszystkie inne książki zaczynałem… „Lubiewo” przeczytałem całe!
Agnieszka Wróblewska: – I co?
– Podobało mi się bardzo. Więcej nie pamiętam książek, które bym przeczytał w całości. Nie ma chyba takich. Książki nudzą mi się po mniej więcej jednej czwartej. Wolę filmy.
A konkretnie, jakie? Co oglądasz?
„Rodzinę Soprano”. Wszystkie odcinki i teraz lecę od nowa już trzeci raz. A mój ulubiony film to jest „Dzień świstaka”. Lubię romantyczne komedie. Nie żartuję, naprawdę. Lubię kino, które się dobrze ogląda. Przy Bergmanie z nudów zasypiam, tak jak przy książkach.
Ale są inne fajne filmy, które się dobrze ogląda, a które nie są komediami romantycznymi.
– Na przykład? Powiedz, to ja coś o tym opowiem.
Kubrick na przykład.
– Tak. Tak, tak! To prawda! „Odyseja kosmiczna” – rewelacja! „Barry Lyndon” – pierwsza część do dupy. Część, w której Lyndon traci przywileje i dzieje mu się ogólnie zło – rewelacja. W ogóle filmy Kubricka wyglądają tak, jakby robił je kto inny, i tylko na chwilę (nie wiem, z kibla?) przychodził Kubrick, wtrącił swoje i wtedy film jest dobry, potem poszedł gdzieś znowu (na obiad?) i film jest do dupy. Tak jest z „Barrym Lyndonem”, tak jest na przykład z „Full Metal Jacket”, gdzie pierwsza część jest genialna, a potem zaczyna się jakieś hollywoodzkie gówno o Wietnamie. Z „Odysei” bym wyciął tę ostatnią część – „Poza Nieskończonością”, gdzie są te jakieś takie…
Kosmiczne dziecko…
– …inne takie symboliczne badziewia. A w ogóle, co za jełop! Zrobił film, który się kończy tak mocną sceną, że prawie wytrzymać nie można, mam na myśli scenę wyłączania komputera, a potem zrobił takie gówno i dodał do tego na koniec. To tak, jakby trochę nie rozumiał, co robi. Ta końcówka jest po prostu tak złym dziełem i tak kontrastuje z tą genialną historią, która się dzieje na statku, gdzie jest misja na Jupitera. To mogę oglądać dziesiątki razy. Mam nawet DVD i sobie włączam tylko tę część. Te małpy na początku szybko przewijam, bo to jest dosyć nudne. Dosyć fajna jest część, jak lecą ten monolit odkryć; to mi się podoba, bo tam jest przede wszystkim fajnie zrobiony design – są z lat 60. rzeczy, ale w kosmosie, i to jest fajne. A część z HAL-em, tym komputerem, to jest jakiś niewiarygodny majstersztyk, po prostu cudowne! Cudowne!
A „Mechaniczna pomarańcza”?
– Denerwuje mnie. Wiesz co, ja nie lubię takiego science fiction. To znaczy nie lubię takich komiksowych rzeczy, bo to jest taki komiksowy film. Jest zaczarowany świat, który nie istnieje, i są bandy clownów. Nie wiem, czy są, ale to jest w tym stylu, że mogłyby być bandy clownów i nic by się specjalnego nie stało. Ja nie lubię takich filmów. Lubię filmy o sytuacjach, które by się mogły zdarzyć potencjalnie.
A z animacji?
– Z animacji to mi się mało co podoba. Nie lubię filmu animowanego zasadniczo. Wolę normalne filmy. Jak już miałbym powiedzieć, że mi się coś podoba, to z lat 70. parę polskich rzeczy. Na przykład Antoniszczak podoba mi się. Niecały, bo ostatnio kolega dał mi płytę, gdzie były takie rzeczy Antoniszczaka, że aż wstyd, wyobraź sobie.
Skąd to miał?
– Jakiś idiota zrobił antologię Antoniszczaka i włożył tam największe gówna, jakieś kukiełkowe rzeczy…
Masz to jeszcze?
– Wiesz co, gdzieś tam mam w domu, jakbym poszperał, tobym znalazł.
To poszukaj.
– OK. Natomiast te wszystkie rzeczy, które z Urbańskim zrobił: „Fobia”, „Jak działa jamniczek”, „Ostry film zaangażowany” i te wszystkie kroniki, to bardzo dobre, moim zdaniem, rzeczy. Bardzo lubię Czekałę, chociaż bardziej na studiach lubiłem niż teraz. Jeśli chodzi o zachodnie rzeczy, to tam jest dużo awangardy, dużo abstrakcyjnych filmów. Chodzi mi o „Len Lye’a”, McLarena i te wszystkie rzeczy. Doceniam to z tego powodu, że to uczestniczyło w obiegu artystycznym na równoprawnych zasadach, o co dzisiaj trudno. Mam na myśli to, że dzisiaj film animowany odkleił się od sztuk plastycznych i to jest jego wielka zguba, bo stał się ubogim krewnym kinematografii. A wtedy, gdy działali ci faceci, jak Fischinger i tak dalej, wtedy z animacją było tak, jak ja bym chciał, żeby było teraz: była częścią sztuk plastycznych, sztuk wizualnych. Była pokazywana w galeriach, w różnych takich sytuacjach. I nie interesują mnie specjalnie te filmy abstrakcyjne, ale doceniam ten okres dla animacji, bo wtedy animacja była na swoim miejscu, szkoda, że tam nie została. Coś spowodowało, że wypadła z niego. Ostatnio mało oglądam. Przez to, że nic mi się nie podobało, to przestałem się tym interesować, a może jest tak, że teraz są fajne rzeczy, a ja nie wiem. Przyznaję się do tego, że jestem ignorantem, jeśli chodzi o animacje.
To dlaczego sam je robisz?
– Bo mi się podoba ta forma wyrazu. To nie jest też tak, że robię tylko animacje, bo robię różne dzieła. Czasami mam taką potrzebę, żeby zrobić film animowany, bo akurat mam do powiedzenia coś, co najlepiej jest powiedzieć tym językiem.
Kiedy wyjdzie antologia PWA z animacją eksperymentalną, na której będą też Twoje rzeczy?
– Nie wiem, kiedy się pojawi. Poprosili mnie, abym teraz wysłał filmy, ale jeszcze nie napisali, kiedy się ukazuje. Mają mi przysłać umowę. Z doświadczenia wiem, że to potrwa z pół roku lekko. Takie poważne firmy zaczynają rozmowę bardzo wcześnie. Im poważniejsza firma, to rozmowa jest wcześniej, ale to czasami niedobrze, bo na przykład galeria Arsenał w Poznaniu ma zaklepane wystawy na cały rok do przodu, co jest niedobre. Bo w międzyczasie pojawiają się krótkie efemerydy, które mogą być ciekawsze, a nie ma na nie miejsca, bo jest zaklepany program.
I jak Ty w tym wszystkim funkcjonujesz? Jesteś młody, nieznany, coś tam sobie grzebiesz…
– Znany jestem.
Znany jesteś? A w jaki sposób docierasz do widza, czytelnika, słuchacza?
– Wydaję płyty, uczestniczę w wystawach, w festiwalach, gram koncerty w kraju. Za granicą trochę też, ale rzadko. I to wszystko. Nie ma mnie na billboardach.
Ale masz poczucie, że jesteś znany. To krzepiące.
– Tak, mam takie poczucie. No bo w środowisku filmowym wiedzą, kim jestem i co robię. W środowisku artystycznym również. W muzycznym – trudno powiedzieć, bo to środowisko jest tak rozległe... Ale w alternatywnym również. Encyklopedie mnie uwzględniają, więc chyba nie mogę narzekać na brak popularności. Jak na to, co robię, no bo przecież to jest bardzo hermetyczna działalność.
I generalnie odpowiada Ci to, w jakim obiegu funkcjonujesz?
– Tak. To znaczy funkcjonuję w takim, w jakim chcę, bo jeśli jakiś obieg mnie nie interesuje, to się wycofuję.
Wiesz, to, że mi mówisz, że jesteś znany, trochę mnie bawi z tego względu, że ja jako odbiorca nie jestem w stanie dotrzeć prawie do niczego z Twoich rzeczy. W Internecie znalazłam bloga (
www.wsb.blog.pl – red.), jakieś ogólne informacje, kadry z filmów i co tam jeszcze… Jakieś teledyski były, i to wszystko. Dlatego tak uporczywie Cię pytam o Twoje filmy.
– Żeby sprawdzić, czy ktoś jest znany, jest tylko jeden sposób: wpisujesz w Google imię i nazwisko, wciskasz „Grafika” i patrzysz na liczbę wyświetleń. Z drugiej strony ja to ujmuję w pewien cudzysłów, bo mówiąc, że jestem znany, mam na myśli to, że w porównaniu z innymi ludźmi, którzy uprawiają działalność podobną do mojej, to jestem znany. Ale gdybyśmy rozmawiali o ludziach, którzy są znani w ten sposób, jak znana jest, nie wiem, Doda, to nie jestem znany. Nikt mnie na ulicy nie rozpoznaje, spokojnie. Więc to bycie znanym powinnaś rozumieć specyficznie.
Ja to rozumiem w taki sposób, że jesteś jednak zepchnięty na margines.
– Zepchnięty na margines… A jaką sytuację ty byś uznała za niebycie zepchniętym na margines?
Gdybym mogła zobaczyć Twoje filmy bez zawracania Ci głowy. No bo jak to – mam do połowy twórców, którzy mnie interesują, wysyłać maile z pytaniem, jak można dotrzeć do ich filmów? Co z tą telewizją na przykład?
– Ale wiesz co, moje filmy nadają się do telewizji w ten sposób, że można by wieczorem w programie kulturalnym…
O 1.05.
– No, o 1.05, dla garstki osób, która interesuje się sztuką, pokazywać takie rzeczy. I zdarzało się, bo byłem w telewizji parę razy. Ale szczerze ci powiem, że dzisiaj telewizja to nie jest już takie największe okno.
Którym jest niby Internet?
– No, bardziej. Albo w ogóle sytuacje, w których można fizycznie uczestniczyć. I wydawnictwa z tym związane. Ja na przykład nie mam telewizora w domu, no i co?
Poczytaj sobie wywiady w tych „Morelach”, które Ci dałam. Jest w nich na przykład rozmowa z Janem Klatą i on mówi także o tym, że wyrzucił telewizor przez okno.
– Nie wyrzuciłem przez okno, po prostu nie naprawiłem, gdy się zepsuł.
Notabene on też ogląda „Rodzinę Soprano”.
– To wie, co dobre. Równy chłop! A kto to jest?
Taki reżyser teatralny. Nie znasz Jana Klaty?
– Nie interesuję się teatrem.
Ja też nie interesuję się teatrem, ale nazwisko kilka razy obiło mi się o uszy.
– Nazwisko Klata kojarzy mi się raczej z takim aktorem, który dzisiaj jest dorosły, a już jako dziecko grał. Nazywał się Klata. Grał w „300 mil do nieba”, pamiętasz, taki z wielkimi oczami? U Kieślowskiego też, w „Dekalogu”.
W Jedynce?
– No, on się zabił na łyżwach, potem utonął. To był właśnie Klata, chyba Wojtek Klata. Ja się zupełnie na teatrze nie znam, wiesz. Teatr się posługuje jakąś taką estetyką, która mnie drażni. Odstrasza mnie to i nie widzę rzeczy, które pewnie w teatrze są ciekawe. Ale nie wszystkim się można interesować, nie wszędzie można być. Wtedy bym nie miał czasu robić swoich rzeczy.
No właśnie, ja też nie mogę wszędzie być, nie mogę pojechać na wszystkie festiwale, na które bym chciała, zobaczyć wszystkich wystaw. To jest dla mnie z przyczyn technicznych i finansowych nie do zrobienia. Dlatego mówię o tych źródłach, które są gdzieś bliżej. A w tych miejscach praktycznie Cię nie ma. Czy Tobie naprawdę nie przeszkadza sytuacja, w której na przykład „Zbrodnia i kara” Dumały jest pokazywana o 1.05?
– Przecież to jest oczywiste, że czas antenowy jest zależny od oglądalności i od kwestii czysto merkantylnych. Nie można oczekiwać tego, że o godzinie 17 będzie program poświęcony takim sprawom, bo to po prostu jest niemożliwe.
Ale można oczekiwać, że człowiek wytrwa do 1.05.
– No, to należy telewizję olać. Masz Internet. Możesz się dowiedzieć, gdzie masz przyjechać i pójść. Na Penerstwo przyszłaś. Twoja obecność zaprzecza twojej teorii.
Może rzeczywiście trochę za bardzo to rozdmuchuję. Bo jednak przeważnie, prędzej czy później, udaje mi się dotrzeć do tego, na czym mi zależy. To się często odbywa dziwnymi kanałami i bardzo długo trwa, ale w końcu oglądam sobie coś świetnego, a potem siedzę wbita w fotel i myślę: This is it! Wiem, że warto za tymi rzeczami chodzić i po prostu to robię. I czasem czuję się tak, jakbym dokonywała małych odkryć. I to dotyczy nie tylko filmów. Ale nie wszystko da się znaleźć. No i co z innymi potencjalnymi odbiorcami tych rzeczy?
– Chuj im w dupę! Nie wiedzą, co się dzieje, to niech siedzą po domach. Nie ma co się przejmować tymi ludźmi, którzy są ignorantami. Debilami, którzy wydają 25 czy 40 złotych na piwo w barze bez żadnego zająknięcia, a kiedy bilet na jakąś wystawę czy do muzeum kosztuje 5 złotych, to robią krzywą minę. Ludźmi, którym się nawet nie chce zajrzeć do programu galerii, czy poszukać w Internecie czegoś, co by ich interesowało. Za to warto pamiętać o całej rzeszy ludzi, którzy są bardzo aktywni. Ja na przykład uczyłem w trzech szkołach i mam byłych uczniów takich, którzy się umawiają i robią całe rajdy po mieście, zaliczając wszystkie ciekawe imprezy kulturalne. Wystarczy, że sobie kupią jakiś informator kulturalny. I trafiają na wszystkie moje wystawy. Ja przychodzę i ja widzę te twarze. Jeżeli ktoś się interesuje i ktoś naprawdę wie, czego chce, to on się znajdzie tam, gdzie powinien się znaleźć. Wiesz, ja się tak nie przejmuję ludźmi. Ja się artystami przejmuję. Chcę, żeby zarabiali, żeby żyło im się dobrze, żeby mieli jakąś infrastrukturę dla swoich prac, żeby istniał jakiś obieg. I wydaje mi się, że akurat z tym nie ma problemu, że są ludzie, którzy oglądają sztukę. Że w Poznaniu na przykład jest tych ludzi dosyć sporo, tyle chyba, ile powinno być. Przedwczoraj na Penerstwie w pewnym momencie był taki tłok, że nie dało się prac oglądać. Jest dobrze.
Faktycznie, dużo ludzi przyszło. Ale wracając jeszcze do Internetu, a konkretnie do blogów. Tego jest mnóstwo, jakaś kosmiczna ilość…
– Ja bardzo dawno założyłem bloga i on już jest ostatnio martwy. Chcę się wycofać z niego. Bo jest właśnie tak, jak mówisz. Tak samo na You Tube jest taki problem, że na przykład wpiszesz coś ciekawego, a Internet ma pewien specyficzny rodzaj szukania, to znaczy on nie szuka rzeczy, które przystają pod względem jakości, tylko na przykład jedno słowo o tym decyduje. I „Bąkowski” nazywa się na przykład jakiś penerek, który sobie w szkole nagrywa, jak sobie na lekcji wali konia, wpuszcza to do Internetu i to jest obok mojego filmu. Internet działa chaotycznie. To prawda.
Trzeba strasznie dużo rzeczy przekopać, żeby dotrzeć do czegoś, co ma jakąś wartość. Może nie do tego, co jest po prostu lepsze, ale co akurat dla Ciebie byłoby ciekawe.
– Tak. Trzeba wiedzieć, czego się szuka. To prawda. No, tu masz rację. Rzeczywiście powinny istnieć jakieś media takie ogólne, które by jednak pokazywały drogę. No, teraz rozumiem, co masz na myśli z tą na przykład telewizją. Faktycznie, w Internecie trzeba szukać tego, o czym się chociaż trochę wie. Ale nie wiadomo, co ma być tym wiodącym medium.
Wilczyński Mariusz on wrzucił swoje filmy do Internetu, na swojej stronie. Można sobie włączyć, obejrzeć.
– Tak? A to chętnie zobaczę. A na jakiej stronie?
www.wilkwilk.pl
– Ja nie widziałem w całości żadnego jego filmu. Tylko widziałem na TVP Kultura dżingle, nawet ładne, podobały mi się, OK to było, w fajnym stylu. Podobają mi się też animacje Janka Kozy. Była taka kampania Heyah, z taką bajką na przykład. To on zrobił. Cała kampania Heyah: takie bardzo lakoniczne, chamskie rysunki Polskę przedstawiające, takie lekko karykaturalne rzeczy, cienką kreską robione. Fajny styl. Facet tak specyficznie rysuje. I robi filmy animowane. Mieliśmy nawet mieć wspólną imprezę we Wrocławiu, ale nie chcieli zapłacić grupie KOT i żeśmy nie pojechali. Ale mieliśmy grać z KOT-em na pokazie Janka Kozy. Się cieszyłem, no bo to dobre towarzystwo, fajna impreza. Ale nie wyszło.
No właśnie, a jak to jest z zarabianiem na sztuce?
– Różnie. W Polsce bardzo ciężko, dlatego że jeśli chodzi o państwowe instytucje, to podejście jest takie, że ludzie mają pełne przekonanie, które nie wiem skąd wzięli – to znaczy wiem skąd wzięli – że sztuka należy im się za friko, że w ogóle świat ma być wdzięczny im za to, że korzystają ze sztuki i ją oglądają. A ja z racji mojego interesu reprezentuję stanowisko przeciwne i nie uczestniczę w imprezach, za które mi nie płacą. Mam do tego restrykcyjne podejście i natrafiam po drodze na tabuny facetów, którzy prowadzą jakieś festiwale, przeglądy i tak dalej, i kiedy pojawi się temat pieniędzy, to wysyłają mi maile o wolontariacie i pierdolą coś bez sensu. A ja po prostu z tego żyję i nic innego obecnie nie robię. To znaczy staram się żyć. Nie ukrywam, że nie jest mi tak do końca lekko. Bywa lepiej, bywa gorzej.
Ale da się jednak z tego wyżyć?
– No, da się, ale trzeba bardzo ciężko pracować. Trzeba długo znosić biedę i niewygody. Trzeba absolutnie się nie poddawać. Jeżeli ktoś pragnie wygód, to nie ma szans. Tak to wygląda. Na szczęście pojawia się jakaś grupa ludzi, która jest zainteresowana kupowaniem sztuki. To dobrze, że kolekcjonerzy w Polsce nareszcie są i jest ich chyba coraz więcej, że rynek jakoś się buduje, ale myślę, że dopiero za jakieś 10 lat on będzie taki prawdziwy. Coraz częściej natrafiam na imprezy, na których się płaci artystom. Ale niestety, ciągle jest pełno festiwali i takich sytuacji, gdzie są tak zwane nagrody prestiżowe. Dostajesz dyplom i możesz sobie tym dyplomem wycierać różne części ciała.
Jednak na niektórych festiwalach bywasz. Na OFAF-ie, na ReAnimacji. Na czym jeszcze?
– Wcześniej były też jakieś tam, których nazw nie pamiętam, za granicą. W Japonii kiedyś mi się zdarzył. Ale nie mogę się poszczycić zbyt częstym uczestnictwem w tych festiwalach. Raczej rzadko to robię. Regularnie wysyłam filmy na OFAF-ę, bo jest takim ogólnopolskim, najważniejszym forum. Warunki są bardzo skromne, ale mi to w ogóle nie przeszkadza. Ja uważam, że jak są dobre rzeczy, to nawet na półdupku można siedzieć i marznąć, i się ogląda z przyjemnością. Akurat kwestie techniczne w ogóle mi na OFAF-ie nie przeszkadzają. Przeszkadza mi raczej kierunek, w jakim idą twórcy, a raczej brak tego kierunku. Wszystko jest z innej beczki. Ja nie mam nic przeciwko różnorodności, ale wszystko reprezentuje inny rodzaj bycia w kulturze. To są filmy, które nadają się na przykład dla dzieci, żeby Pixar je wyprodukował i puszczał je razem ze „Shrekiem”.
Mówisz o technice czy o tematach?
– W ogóle o stylu tych filmów, o ich jakości artystycznej. Słuchaj, określę ci to krótko. Albo są babskie filmy sypane z soli, gdzie się łabędź zamienia w oko, a oko w zegar, i takie Dumałowskie pitu-pitu. Albo śmieszne filmy zrobione w programach komputerowych. Był tam jakiś „Piotruś i wilk”. To ładny film, tylko ja bym to puszczał dzieciom i umieszczał to w takim otoczeniu. Rzeczy takie jak moje zupełnie do tego nie pasują i robi się z tego jakaś impreza nie wiadomo czyja. Tak, jakby się w jednym klubie bawili dresiarze z muzykami symfonicznymi.
To jest wina tych, którzy robią selekcję, czy samych reżyserów?
– To jest wina kondycji filmu animowanego. Do tych, którzy robią festiwal, nie mam żadnego zarzutu. To są fajni ludzie. Dobrze, że to robią i pokazują to, co jest. Myślę, że mają ciężki orzech do zgryzienia, bo mają grupę filmów, muszą z tego coś wybrać i powstaje jakaś taka niespójna magma. Nie jest tak, jak w latach 70., że jednak artystyczny film animowany stanowił pewną jakość, którą można było wrzucić do jakiegoś wora: to jest artystyczny film animowany i tam nie ma „Piotrusia i wilka”, bo „Piotruś i wilk” byłby na innym festiwalu, który by się nazywał Festiwal Filmów dla Młodego Widza. I fajnie, bo to jest bardzo dobrze zrealizowany film i ja nie mam nic przeciwko, moim dzieciom bym chętnie puszczał takie filmy. Tylko, kurczę, trochę nie rozumiem imprezy.
Radek Szlaga (również członek grupy Penerstwo – red.) powiedział gdzieś, że tylko promil absolwentów ASP robi to, co by chciał.
– Tak jest. Ale to nie jest źle, bo ilu chciałabyś mieć artystów? Cholera, pozabijaliby się. Ale bardzo potrzebni są ludzie w Polsce, którzy będą decydować na przykład o tym, jak wygląda Browar. Mamy to szczęście, że w Poznaniu mamy taką fajną architekturę i takie ładne miejsce, dlatego że ludzie po ASP i po innych uczelniach artystycznych realizują użytkowe prace. Bo ogólnie jest strasznie. Na przykład plastyk miejski chyba jest ślepy albo niedorozwinięty, no bo to, co się w mieście dzieje, to jest żenada. Ale uważam, że ludzie w agencjach reklamowych, którzy projektują opakowania do jogurtów, są bardzo potrzebni. A ci, którzy robią sztukę, tak zwaną sztukę właściwą, to musi być wąskie grono, bo w tym biznesie jest za mało miejsca.
Dobrze, ale spójrz na to z punktu widzenia tych, którzy robią te opakowania do jogurtów. Czy im to odpowiada?
– Znam wielu, którzy bardzo dobrze sobie z tym żyją i wcale nie tęsknią za działalnością stricte twórczą, bardzo lubią swoją pracę i się w niej realizują. Nawet ci, którzy pracują w wielkich agencjach reklamowych. Jeżeli ktoś trafi do takiej firmy reklamowej jak ta, w której pracuje na przykład Janek Koza, to ma wielkie szczęście, dlatego że są takie agencje reklamowe, które są kreatywne i potrafią swoich klientów, czyli wielkie firmy, namówić do ciekawych rzeczy. I jak spojrzysz na Heyah, to, kurczę, trzeba przyznać, że tam nie ma pomyłek i są ładne rzeczy, plastycznie ciekawe; to wszystko jest kreatywne. Niestety, są też takie agencje, które są pod butem, które mają klientów, którzy absolutnie nie dadzą sobie nic powiedzieć, nie ufają artystom. Nie możesz zrobić czerwonej reklamy, bo oni chcą mieć wszystko zielone i koniec. I tak naprawdę oni dyktują, co ma być na reklamie. Nie wiadomo, po co zatrudniają agencję, skoro mogliby sobie w komputerze sami robić te reklamy. Syn szefa mógłby to w Corelu pstrykać. Ale to jest OK, że nie ma za wielu artystów. Jeśli chodzi na przykład o moich kolegów ze studiów, to z mojego rocznika Penerstwo głównie działa. Jest jeszcze paru, nie mogę powiedzieć, że tylko Penerstwo, ale tego jest bardzo niewiele, to jest kilka osób w Poznaniu.

Agnieszka Wróblewska

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.