21 lutego 2024, środa

Bejkwim Kwemiu

Listopad



Wieje, wiatr chłoszcze twarze dobre i twarze złe, deszcz potrzebny i wyczekiwany we wsi, teraz siecze skośnymi strugami, wciska się za kołnierz, spływa po skórze lodowatą nitką, okrąża pępek, rozdwaja się do kolan, dociera do stóp, wypełnia zimnem ubłocne buciory, chlupoce. Świst wichury pożera trzask walącego się na chałupę świerku. Nie słychać nic prócz szaleństwa huraganu, nie widać nic; huk powietrza i wody, świat wariuje. Dusze z czyśćca wyszły z ziemi do obmycia. Tańczą, kręcą się, brykają w prysznicu obmywającym brud i zgniliznę odleżyn. Chichocą duszyczki uwolnione, niektóre śpiewają, łączą w korowody wijące wężem pomiędzy chałupami. Nikt nie wychodzi na dwór; żaden wieśniak, żaden pies, kura żadna i kuna nawet i lis też; wszystko siedzi w swoich budach, chałupach, norach i czeka aż skończy się czyszczenie, nikt nie słyszy nic i nie widzi nic, kipi huragan powietrza i wody, w nim dusze radosne zmywają brud grzechu, niewidziane i niesłyszane; ten dzień należy do nich, nie do żywych.

Nic nie trwa wiecznie, żadne szczęście, i nieszczęście też, kończy się dzień, noc zjawia się niespodzianie, tak nagle, jak churaganowa burza nagle znika, zabierając gdzieś daleko swoje bicze wodne, huk błyskawic, szał i wszystkie inne strachy. Na czerni nieba czerwona gwiazda zbliża się do złotej, a gdy ją dostrzega – płoszy się i ucieka. Złota dalej tkwi i świeci, a czerwonej już nie widać. Może to nie gwiadzy, tylko zwyczajne Ufo? Zresztą już ich nie ma: czerwona uciekła, a złota opadła na ziemię, gdzieś w lesie przy wsi. Nikt nie widział, bo wszyscy wyjdą z chałup, bud i nor dopiero rano, gdy czyszczone dusze powrócą do czyśćca, ale nie wszystkie, bo niektóre pofruną już prościutko do nieba.

Noc teraz czarna, straszna, bezgwiezdna, ale ciepła, parna. Znikają wszystkie kształty, a powrócą dopiero ze świtem i znów będzie można zobaczyć wszystko.


Ktoś stoi, ale nie widać kto to. Pod dębem stoi, którego w ciemności nie widać, a dąb ten, wielki, przy wjeździe do wsi stoi od wieków. Tyle, że wioski teraz nie zobaczysz; wszystko zamalowane gęstą smołą nocy na najczarniejszą czerń. Czy to jakaś dusza spóźniona pod dębem została, niedoczyszczona deszczem huraganowym za dnia? Oj, nie dusza to do czyszczenia, ani dobra już, ani jeszcze zła; ten co pod dębem stoi, na złotej gwieździe tu przybył, zjawił się, by urządzić czyszczenie na ziemi.

Sekale, starszy wioski, przepowiadał jego przyjście, ale został wyśmiany przez młodych. Dzisiaj ci młodzi są już starzy, tak starzy, jak był Secale, gdy go wyśmiewali. Śpią teraz w chałupach, bo noc czarna i straszna, i ich kobiety śpią i dzieci i wnuki, i rogacizna śpi i nierogacizna też, nawet psy i koty, bo nikomu i niczemu nie chce się w taki czas oczu otwierać; taką noc najlepiej przespać, nic nie widzieć, nie słyszeć nic, jakby nic się nie stało - to może i nie stanie się nic. A rano wzejdzie słońce i znów wszystko będzie jak było, jak zawsze, jak powinno. Śpią więc oni, gdy on pod dębem już stoi. A nawet go tam nie ma, bo ruszył, więc pod dębem go być nie może już. Gdzie się podział? Dokąd zmierza? A kto to wie, i na co komu ta wiedza? Lepiej spać, nie wiedzieć i nie słyszeć nic. Rano znów wstanie słońce, bo lubi pierwsze, przed wszystkimi wstawać, i będzie dzień jak co dzień, bo co ma nie być, skoro zawsze był.

A najpierwsza, zaraz po słońcu, wstanie Gabrysia, żeby jej nikt w łóżku ksiądza proboszcza nie zobaczył, i wybiegnie z plebani na drogę i speszy się, bo na jakiegoś nieznajomego wpadnie zaspana.
- A, bo właśnie byłam wielebnemu rozpalić przed śniadaniem – zacznie się tłumaczyć, ale on wcale nie będzie słuchał tych pierdół tylko pójdzie dalej.
- Coś takiego – pomyśli Gabrysia odprowadzajc go podejrzliwym wzrokiem – żeby tak rychło rano po wsi łazić? To nieprzyzwoite jest kompletnie, kurwa jego mać, złamasie jeden ty!

- Biegnij spać Gabrysiu, biegnij, albo ci łeb urwę – odpowie jej ten nieznajomy, nie obracając się i nie zatrzymując. Albo będzie jej się tylko zdawało, że tak jej powie, co za różnica. W każdym razie, słońce już tak się rozbudza, że zaraz pierwszy kogut zapieje, a po nim wszystkie. Więc i komendantowi policji pora wracać od jednej pani we wsi do siebie, do powiatu. Komendant stary, łysy, ale wciąż tłuściutki, a ta pani mu noce umila za darmo, bo jej męża przymknął, poaresztował troszeczkę pod wymyślonym pretekstem i obiecał zwolnić, jak ona mu wystarczająco zadośćuczyni. Koń ciągnie bryczkę komendanta, a ciężko ma, bo nie dość że pasażer tłusty, to koła i kopyta grzęzną w mazi błota po wczorajszym potopie czyszczącym dusze czystości spragnione. Komendant podcina konia batem, smaga do żywego mięsa. Na nic. Zasapało się komendancisko, potówki mu wystąpiły, okrywa się kocem, żeby wilka nie złapać w tym stanie, albo gorszego wirusa. A tu ktoś stoi przy drodze, gapi bezczelnie.
- A ty co kurwa stoisz?! Dalej, łap się i popychaj, ale mi już! Pókim dobry – ordynuje komendant i baranieje, bo nieznajomy podchodzi, owszem, ale wyrywa zaskoczonemu pitolet z kaburki, wyprzęga umęczonego konia i odchodzi z nim, dokąd, a kto go tam wie?
- Oż ty cycu! - wrzeszczy komendant. - Poczekaj, tylko dojadę na komendę! Już ja cię przecwelę, suko niedocwelona, doigrałeś się. Gdybym miał gnata w ręce, to byś mi tu inaczej zatańczył!
Nieznajomy odwróca się, rzuca pistoletem we wrzeszącą głowę komendanta, która odrywa się od reszty i wpada w kałużę. Zapada cisza. Wkrótce przerywa ją lament sójki, ale wiadomo, sójki lubią się poskarżytć na to, że nie udało im się odlecieć tam, dokąd się wybierały, więc skarga sójki jest tak naturalna, jak rechot żab na wiosnę i pozostaje niezauważona.

Ciąg dalszy niebawem


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.