1 października 2022, sobota

Czytelnia człowieka dla ludzi

Jerzy Pilch

Pilch w przekroju


Dziennik Jerzego Pilcha w tygodniku "Przekrój" 24/2010
fot. Hubert Sobalak




4 czerwca
Jeśli się nie da ustalić, czy pies jest wyznania ewangelicko-augsburskiego – trzeba szukać miotu na ziemi cieszyńskiej – szanse są większe niż gdzie indziej. To chyba jasne. Ostatni pies mojej matki z pochodzenia nie był naszej wiary, ale kilkanaście lat pod luterskim dachem zrobiło swoje. Może zresztą i był, przynajmniej trochę musiał być, pochodził w końcu z Ochab, to są dalej nasze rewiry.
Przywiózł go stamtąd świętej pamięci Kaziu Rulczyński, katolik twardy, ale człowiek przeporządny, to on swego czasu wyjął zza pazuchy szczeniaka, który miał wszystkie papiery z wyjątkiem kościelnego. Był? Nie był? Nawet jak na początku nie był, to na koniec – całą swą fatalnie zwichrowaną pseudowilczurowatą mordą – był.


Odchodził ze świata jako istota swego protestantyzmu w pełni świadoma; jako zwierzę przez reformację, wszelkie jej konsekwencje i wszelkie jej obrzędy w pełni ukształtowane; jako stworzenie wszelkimi luterskimi zasadami i zabobonami do cna ogłuszone, ogłupiałe i zdemolowane. Odchodził, ponieważ wybiła jego godzina, przyszły choroby, niedowłady, paraliże – nawet doktor Blimke nie był w stanie jej (bo to suka była) pomóc, a jak Zbyszek Blimke z choroby nie wyciągnie, wniosek jest jeden: bydlęciu – bez względu na wyznanie – pora na tamten świat.


Nastała rozsądna ewangelicka żałoba i niespieszne – ale też nie ospałe – rozglądanie się za jakimś nowym psiskiem. Z ziemi cieszyńskiej – rzecz jasna – pochodzącym. Zdawało się, że pójdzie jak po maśle, rychło nadszedł meldunek, że tam a tam, bardzo niedaleko, trzy małe owczarki są na zbyciu – ideał! Wszystkie nasze psy na Parteczniku miały pewien rys owczarkowaty; w najbardziej dramatycznych pod względem estetycznym przypadkach ten rys był znikomy, ale był. Sprawa w każdym razie załatwiona. Załatwiona? Niby tak, niby jednak nie. Coś się wlecze, ślimaczy, rozłazi. Pies w zasadzie klepnięty, a klepnąć w zadek wciąż nie ma kogo. Marysia Bujok pośredniczy! Też nic! A jak Marysia pośredniczy i nic, to znaczy: ogólnie słabo. Marysia nawet mojej matce jest w stanie pewne rzeczy – to prawda: trudne – wytłumaczyć, a tego przez trzy ćwierci stulecia nikt nigdy nie był w stanie. Ani śp. dziadkowie, ani śp. stary, ani śp. ja. Sukces Marysi też oczywiście nie jest pełny, matka niektórych spraw nie przyjmie nawet w jej przekładzie, ale – uwaga! – w niemym podziwie dla czystego chrześcijaństwa tamtej – udaje, że przyjmuje! Skuteczniej się nie da!


A tu proszę! Osoba o takiej sile perswazji, o takim darze przekonywania psa sprowadzić nie jest w stanie! I to psa na sprzedaż wystawionego! Tak jest! Gość psa sprzedać nie chce! Komu innemu – tak! Nam – nie! Co jest grane? Wytłumaczenie – powiada matka – jest tylko jedno: właściciel, najwyraźniej katolik zażarty, nienawidzi cię za to, co wypisujesz, i psa za karę nie sprzeda! Ma się rozumieć łakomy jestem na męczeństwo, każde męczeństwo najwyższą chwałą dla artysty, nawet małe, ale mimo euforii zachowuję resztki przytomności i mówię, nie bez aforystycznego zacięcia: By kogoś nienawidzić za to, co pisze, trzeba go czytać, a czytelnictwo w naszych stronach nieco kuleje ostatnimi czasy... – Marysia sprawdzi – puentuje matka.


Marysia nazajutrz sprawdza i wraca z dobrymi wieściami. – Nie czyta! – radośnie krzyczy już od progu. – Nic nie czyta! – tryumfalne wypieki pojawiają się na jej policzkach. – Niczego nie czyta i w ogóle nie ma pojęcia, że piszesz! – Czemu w takim razie psa nie chce sprzedać? – No nie wiem.


Spojrzeliśmy z matką po sobie – sprawa była jasna: katolik nie tylko czyta, ale i kłamie, że nie czyta. Klasyczna rzymska obłuda. Następnego dnia matula pojechała do schroniska w Cieszynie i przywiozła braci: Maksymiliana i Maurycego (białego Maksia i czarnego Maura). Ponieważ w schronisku takich rubryk nie ma – nie wiadomo, czy są protestantami. Ale wiadomo, że nimi będą.




5 czerwca

W wywiadzie ogłoszonym w dzisiejszych „Wysokich Obcasach" Joanna Bator nie ukrywa, że jest wielką pisarką. W zasadzie popieram tę taktykę, ma ona w tym wypadku silne uzasadnienie. W literaturze nie tyle się pojawiła, ile mocno już uplasowała autorka z własnym językiem, frazą, znajomością świata, głową na karku i licznymi historiami do opowiedzenia.


Język jest – rzecz jasna – kluczowy, w polskiej nierzeczywistości literackiej wciąż pokutuje pogląd, że można być pisarzem bez języka; cały tabun piszących bezbarwnym gazetowym narzeczem – branym przez nich mylnie za przezroczysty realizm – uważa się za, ma się rozumieć, skrzywdzonych głosicieli prawdy; upominanie się o język uchodzi za ekstrawaganckie pięknoduchostwo – tymczasem idzie o elementaria. Wyjście z analfabetyzmu nie jest równoznaczne – choć niby pisać się umie – z wejściem w arkana sztuki literackiej. Tołstoj, owszem, sporo miał do powiedzenia, ale bez języka niczego by nie powiedział. Mam na myśli – dodaję na wszelki wypadek – nie język rosyjski, ale język Tołstoja.


Joanna Bator ma swój wielce intensywny, pełen obrazów, rytmu i zarazem ironicznego dystansu język, też świadomość tego języka i w ogóle – kolejna rzadkość – dojrzałą świadomość literacką – o rozmaitych sekretach swego warsztatu ciekawie, choć nie bez elementu nadmiernego samozadowolenia, mówi. OK. Gdy wszakże pada w rozmowie (jak się okazuje nieco nieostrożnie zatytułowanej „Odyska") pytanie o narracyjne walory ostatniej powieści, na które pisarka swobodnie odpowiada: „To rzeczywiście książka o sile słowa. Nie byłoby Odysa bez Homera" – ogarnia mnie pewien popłoch. Przy całym uznaniu uważam, że na porównywanie się z Homerem jest jednak za wcześnie. Rok, dwa bym mimo wszystko poczekał.


Jerzy Pilch
„Przekrój" 24/2010

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

powiedział (0)~ilia, 2017-07-02 23:09:38

lapidarium

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.