18 września 2019, środa

Czytelnia człowieka dla ludzi

Julio Cortazar

Opowieści o kronopiach i famach i inne historie

Trudno mi sobie nawet wyobrazić życie w 1962 roku. Domyślam się jedynie, że w tym mniej więcej miejscu dziejów świata mój ojciec musiał już być w poważnych zalotach do mojej mamy, czego dowodem jestem ja. Musiało istnieć życie kulturalne, literackie, i to jakie?! Czego dowodem są choćby opowieści o kronopiach i famach, spisane przez tego przystojniaka na zdjęciu. (dł)


 

 

 



Fragmenty pochodzą z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie”, napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną” tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz” w roku 1993.

 

 

 


INSTRUKCJE

 

 

Codzienne zmiękczanie cegły, codzienne torowanie sobie drogi w kleistej masie, która siebie nazywa światem, co­dzienne zderzanie się z sześcianem o ohydnej nazwie, w psim zadowoleniu, że wszystko jest na swoim miej­scu, obok ta sama kobieta, te same buty, ten sam za­pach tej samej pasty do zębów, ten sam smutek domów naprzeciwko, brudnej tablicy okien czasu z szyldem HOTEL DE BELGIQUE
.

Jak niechętny byk rąbnąć głową w przezroczystą masę, wewnątrz której pijemy poranną kawę i otwieramy ga­zetę, żeby dowiedzieć się, co się dzieje we wszystkich kątach szklanej cegły. Nie zgadzać się, by delikatny akt naciśnięcia klamki u drzwi, ten akt, który mógłby wszystko odmienić, przeszedł w zwykły codzienny od­ruch, do widzenia, kochana, buźka, do zobaczenia.

Ścisnąć łyżeczkę i czuć pod palcami pulsowanie metalu, jego podejrzane ostrzeżenie. Jakże boli odmawianie ły­żeczce, sprzeciwianie się drzwiom, negowanie tego wszystkiego, co przyzwyczajenie wylizało do zadowalającej gładkości. O ileż prościej spełnić łatwą prośbę ły­żeczki: używać jej do mieszania kawy.

Przecież nie ma w tym nic złego, że rzeczy spotykają nas
codziennie od nowa i są takie same. I nie to jest ważne, że obok nas jest ta sama kobieta, ten sam zegarek i że otwarta książka na stoliku znowu jedzie na rowerze na­szych okularów. Cóż mogłoby w tym być złego. A jed­nak niby smutny byk trzeba pochylić łeb, ze środka kry­ształowej cegły przepchnąć się na zewnątrz ku temu in­nemu tak niedaleko nas, nieuchwytnemu jak pikador, choćby stał najbliżej byka. Dręczyć oczy patrzeniem na to, co przesuwa się po niebie, chytrze podszywając się pod zarejestrowaną w naszym umyśle nazwę chmury.

Nie wyobrażaj sobie, że telefon poda ci numery, które chciałbyś nakręcić. Dlaczego miałby ci je podać? Jedy­ne, co nastąpi, to to, co już przygotowałeś i zadecydo­wałeś, ponure odbicie twych nadziei, ta małpa, co na stole czochra się i drży z zimna. Rozbij tej małpie łeb, wal od środka ku ścianom i przebij się na zewnątrz. Och, jak śpiewają o piętro wyżej! Jest nad nami piętro, a na nim inni ludzie. Jest nad nami piętro, gdzie żyją ludzie, co nawet nie podejrzewają, że istnieje niższe pię­tro, i że wszyscy tkwimy wewnątrz szklanej cegły. Jeże­li nagle mól przysiądzie na brzeżku ołówka pulsując ni­by błędny ognik, popatrz na niego — ja patrzę, doty­kam jego maleńkiego serduszka i słyszę je, ten mól dźwięczy w masie zamrożonego szkła, nie wszystko jest stracone. Kiedy otworzą się drzwi, a ja wychylę się i spojrzę w dół klatki schodowej, będę wiedział, że tam, na dole zaczyna się ulica; nie jej zaakceptowany model, nie domy już wiedziane, nie hotel z przeciwka: ulica — zdyszana dżungla, gdzie każda chwila może runąć na mnie magnolią, gdzie twarze będą stawały się, gdy na nie spojrzę, gdy posunę się o krok w przód, gdy łokcia­mi, rzęsami, paznokciami doszczętnie rozwalę się o szklaną masę cegły i postawię życie na jedną kartę, idąc krok za krokiem po gazetę na rogu.

 

 

 

 





WCHODZENIE PO SCHODACH
Instrukcja


Każdy zauważył, że nierzadko podłoga załamuje się
w ten sposób, że część jej ustawiona jest pod kątem pro­stym do jej powierzchni, następnie zaś inna jej część rów­nolegle do tejże podłogi, aby umożliwić ustawienie nowe­go kawałka prostopadłego, a cała rzecz powtarza się spi­ralnie lub w linii łamanej do najrozmaitszych wysokości. Schyliwszy się i umieściwszy rękę lewą na części piono­wej, prawą zaś na części poziomej, człowiek staje się krót­kotrwałym posiadaczem schodka, czyli stopnia. Każdy z tych stopni, składający się, jak widać, z dwóch elemen­tów, znajduje się odrobinę wyżej i odrobinę dalej niż po­przedni, która to zasada nadaje schodom sens, jako że każ­da inna kombinacja wytworzyłaby formy może piękniejsze i bardziej malownicze, lecz niezdolne do przenoszenia nas z parteru na piętro.


Na schody wchodzi się przodem, bowiem tyłem i bo­
kiem jest niebywale niewygodnie. Naturalna pozycja jest stojąca, ręce zwieszone, głowa prosto, nie na tyle jednak, aby oczy nie widziały wyższych stopni niż te, po których się stąpa, a oddychać trzeba powoli i rytmicznie. Ażeby wejść na schody, trzeba zacząć od podniesienia prawej dolnej części ciała, opakowanej prawie zawsze w skórę alb zamsz, niemalże bez reszty mieszczącej się na schodku. Kiedy wyżej wymieniona część ciała, którą dla uproszczenią nazwiemy nogą, zostanie już umieszczona na pierwszym stopniu, należy unieść odpowiadającą jej lewą część (również zwaną nogą, nie mylić z uprzednio wymienioną), po czym uniósłszy ją, tak ażeby noga spoczęła na drugim stopniu, przenieść całe ciało aż do umieszczenia nogi na następnym stopniu, na którym znowu spocznie noga, podczas gdy na pierwszym jeszcze spoczywa noga. (Pierwsze stopnie są zawsze najtrudniejsze, aż do chwili zdobycia nieodzownej koordynacji ruchów. Koincydencja nazwy pomiędzy nogą a nogą utrudnia nieco instrukcję Uwaga: nie podnosić równocześnie nogi i nogi.)

Dotarłszy tym sposobem do drugiego stopnia, należy na zmianę powtarzać wyżej wymienione ruchy i w ten sposób znajdziemy się na najwyższym stopniu schodów. Schodzi się z nich bez trudności, przy pomocy lekkiego ruchu pięty, który wpiera ją w należne miejsce, ażeby nie ruszyła się aż do chwili, kiedy skończymy schodzenie.

 

 

 

 

 

 




WSTĘP DO PRZEPISÓW NA TEMAT NAKRĘCANIA ZEGARKA




Pomyśl, że kiedy ci ofiarowują zegarek, ofiarowują ci małe, ukwiecone piekło, łańcuch z róż, więzienie z powie­trza. Nie tylko dają ci zegarek, wszystkiego najlepszego, mamy nadzieję, że będzie ci długo służył, bo jest dobrej marki, szwajcarski, z rubinową kotwiczką, nie tylko dają ci tego małego łupacza kamieni, którego przytwierdzisz sobie do przegubu ręki i będziesz prowadzał ze sobą. Dają ci - o czym nie wiedzą, najgorsze, że o tym nie wiedzą - dają ci nową, delikatną i wrażliwą cząstkę ciebie, coś, co jest tobą nie będąc twym ciałem, co trzeba przywiązy­wać do ciała rzemyczkiem, coś okropnego, co wczepia się w twoją dłoń. Dają ci konieczność nakręcania go co dzień, obowiązek nakręcania go, ażeby nie przestał być zegar­kiem, dają ci obsesję sprawdzania dokładnej godziny na wystawach zegarmistrzów, w radio, przez telefon. Dają ci strach przed zgubieniem go, przed upuszczeniem na podło­gę i stłuczeniem. Dają ci jego markę i przeświadczenie, że jest to marka lepsza od innych, dają ci ochotę porównywania tego zegarka z innymi. Nie dają ci zegarka, ty jesteś prezentem, ciebie ofiarowują zegarkowi na urodziny.


 

 

 

MASA PLASTYCZNA

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ

Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.

Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.





HISTORIA PRAWDZIWA

Pewnemu panu spadają okulary i z głośnym hukiem
uderzają o kafle podłogi. Zmartwiony, bo optyczne szkła są bardzo kosztowne, pan schyla się i ze zdumieniem stwierdza, że szkła cudem nie stłukły się.

Wdzięczny losowi pan dochodzi do wniosku, że to, co się stało, powinno posłużyć mu jako ostrzeżenie, idzie więc do optyka i nabywa skórkową pochewkę, wyłożoną w środku, kto się na gorącym sparzy i tak dalej. W godzi­nę później spada mu pochewka — pan pochyla się spokoj­nie i widzi, że okulary poszły w drobny mak. Dłuższą chwilę zabiera panu zrozumienie, że niezbadane są wyroki boskie i że w rzeczywistości prawdziwy cud zdarzył się teraz.

 

 

 

OPOWIEŚCI O KRONOPIACH I FAMACH

 

FAMA I EUKALIPTUS

 

Pewien fama chodzi sobie po lesie i jakkolwiek nie po­trzeba mu nic na podpałkę, pożądliwie spogląda na wszy­stkie drzewa. Drzewa mają wielkiego stracha, bo znają zwyczaje fam, więc obawiają się najgorszego. Na samym środku rośnie przepiękny eukaliptus; na jego widok fama wydaje okrzyk radości i tańczy wokół wzburzonego euka­liptusa wołając:

- Antyseptyczne listki, zdrowa zima, szczyt higieny.
Wyciąga siekierę i na nic nie bacząc wali w brzuch eu­kaliptusa. Eukaliptus śmiertelnie ranny wydaje jęk, zaś in­ne drzewa słyszą, jak wśród westchnień mruczy:

- I pomyśleć, że ten kretyn po prostu mógł kupić so­bie pastylki Valda.

 

 

 

 

 

 


 

 

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

okropność intelektualna autorki i jej ... informatyczka (0)~niccidotego, 2012-04-13 01:44:15

Katastrofa informatyczna. To "f" z boku jakby fizda - też mi się nie podoba. To słowo pisze się przez "p".

Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.